czwartek, 12 października 2017

Lubię Słowaków :)

Kilka dni temu wróciłem z Wiednia. Byłem tam w celach przyrodniczych, w tamtejszym parku narodowym usytuowanym nad Dunajem. Zanim jednak mój skulony ogon dotarł do kraju, chciałem podzielić się z Wami kilkoma przygodami, świadczącymi o tym, jak Słowak pomagał Polakowi...
Lasy łęgowe nad Dunajem.
Językowo, pomimo, że słowacki, jak i czeski to dla nas Polaków w zasadzie przyjemne zasadzki, można się z naszymi południowymi sąsiadami dogadać. Wystarczy odrobina wyrozumiałości, szczypta humoru i chęć szczera do zapoznania się wzajemnego.

Nie będę się rozpisywać o historii, kulturze oraz mentalności samych Słowaków. O tym powinien wiedzieć świadomy czytelnik Słowianolubii. Po zaobserwowaniu, wiem, że niewiele się różnimy. Nasz słowiański pierdolnik, którego w Austrii bardzo mi brakowało, w Bratysławie od razu dał o sobie znać. Wzajemne trąbienie aut w mieście, strzeżone parkingi pod wzgórzem zamkowym, gdzie obcy może przejść przez nikogo nie niepokojony, czy oznakowanie drogowe, czasem podobne jak w Polsce. Cóż za ulga! Od razu poczułem się jak u siebie ;) I nie piszę tego złośliwie.

A oto kilka jakże znamiennych przykładów słowackiej gościnności dla wędrującego z plecakiem Polaka:

Z Hainburga w Austrii, nie udało mi się złapać stopa. Postanowiłem więc, że przejdę ten odcinek piechotą do samej Bratysławy. Skorzystałem z międzynarodowej trasy rowerowej Green Velo 6. Polecam wszystkim cyklistom, świetna trasa! Pogoda była deszczowa, z tropikalnymi ulewami na przemian. Samotność, którą lubię, kiedy nie ma wkoło tłumów rozkrzyczanych turystów. Wielu rowerzystów często mnie pozdrawiało, co było na prawdę miłe. Dochodzę do granicy słowacko-austriackiej. Cały przemoknięty. Wchodzę do przydrożnej opustoszałe kawiarni i zamawiam maleńką kawkę za 1,20 euro. Cudnej urody Słowaczka patrzy na mnie z ubolewaniem. W końcu zaczynamy pogawędkę. Psikusy językowe jakoś nam nie przeszkadzają. Mówię, że ja Polak, że wracam do Polski i z Bratysławy chcę złapać pociąg do Warszawy. Dziewczyna znowu przeżywa, może myśli, że ze mnie jakaś dupa wołowa, i nie dam sobie rady. Uspokajam. W tym czasie wychodzi na jaw, że ona była krótko w Polsce, na wschodzie. Poznała Rosjanina i wyszła za niego za mąż. Kurde!, pomyślałem, przynajmniej znalazła miłość. I zazdrość, taka lekkawa, że akurat jego :)

Jako, że posiadam muzealną komórkę, bez dostępu do neta, dziewczę zaczyna poszukiwać w swoim komputerze, [w pracy!], kiedy mam pociągi do kraju. Widzę, że na poważnie jest mną zatroskana. Dopijam kawcię. Dopytuję jak jej się żyje, czy na Słowacji w porządku? Jest w tym dużo żartów. Próbuję luzu, żeby nie sądziła, że ze mnie taka ofiara losu.
Naddunajskie starorzecze, w głębi Małe Karpaty-Słowacja.
W końcu jest! Wyjazd z Żelaznej Stanicy do Warszawy, godzina 11.07. Cienko, nie wiem, czy zdążę. Jakby nie było, do Bratysławy mam jakieś 6 km, a na dworzec kolejne 3-4 km. Moja słowacka Bogini zapisuje mi na kartce, podkreśla adres dworca, daje namiary telefoniczne. Nawet chce zamówić dla mnie taksówkę! Moja miłość rośnie...

Serdecznie jej dziękuję. Zapewne nieporadnie, sepleniąc coś od rzeczy. Ale rozumiemy się. Chcę już wyjść z kartką w ręku. Z plecaka ściekła woda, pod stolikiem kałuża. Pokazuję z szelmowskim uśmiechem, żeby dała jakąś ścierę, chcę ją wytrzeć. W tym czasie ona podaje mi drugą, dużą kawę z mleczusiem! Tak, jak lubię. Myśli, że kasy nie mam, bo z taksówki zrezygnowałem. Mówię, zapłacę ci, mam euro. A ona na to:
-Polak nie płaci... Pij.

Nie omieszkałem dać całusa, musiałem ;)

Drugi przykład:

Jestem na starówce. Piękna ta starówka, ale zdjęć nie dam rady zrobić, do stacji mam kawałek drogi. Lekko mnie się wkurza w środku. Tajfun rośnie. Oczywiście, nie wiem, w którym kierunku iść. Pytam ludzi, po kilka razy. Nikt nie odmawia pomocy. Tylko dwie osoby nie wsparły pokrzepiającą rozmową, ale jedynie dlatego, żeśmy się nie rozumieli. Nie miałem o to pretensji. Mam z tym kłopot. Nawet z Polakami.
W końcu podchodzę do policyjnego auta i mówię, że ja Polak, mapy nie mam, a na kolej chcę dojść.
Mundurowi spokojnie mnie oczyma lustrują.  Po chwili jeden z nich załącza komórę i pokazuje mi jak mam dojść. Ulżyło mi-jest cztery przystanki od starówki.
Jeden pyta, pewnie z ciekawości-A telefonu nie masz?
Wiedziałem-myślę, będą śmiechy.
Pokazuję mój komórkowy krzyk mody. A tamci w śmiech, i kiwają z uznaniem głowami.
Pokornie dziękuję za uznanie, z dumą chowając zrzęcha do kieszeni.
-Ty Polak, daj łapę-słyszę nagle. Przez moment myślałem, że chce kasy. Ale moje wątpliwości rozwiała dłoń wychylająca się z okiennego auta. Jak na komendę obaj uścisnęli mi dłoń.
-Uważaj na siebie... Zabrzmiało coś w tym rodzaju



Kolejny przykład.

Jestem w centrum Bratysławy. Plecy bolą, jestem mokry, padam na ryj. Mam za sobą ok. 30 km pieszej wędrówki. Chociaż humor po spotkaniu z mundurowymi jak najbardziej w porządku. Na zegarku godzina 10.50. Myślę, już po ptakach, pociąg mi ucieknie. Widzę autobus, na przedzie migają elektroniczne literki-Żelazna Stanica. Trudno, pakuję się bez biletu. Po dwóch przystankach, a jakże kanarki już ćwierkają o bilety. Kontrola. Myślę, dobra, niech mnie kasują, byleby na kolej zdążyć. Dwóch gości do mnie podchodzi. Patrzą jak na jakiegoś ciapatego :) Przez moment czuję się nieswojo. Po chwili, gostek pyta, o bilet, ja mu na to, że nie mam. Rysy twarzy mu się krzywią, bruzd przybywa.
- I co kurwa! wali do mnie po słowacku, ale to słówko w mig kojarzę.
-Odpalam-Ja kurwa Polak, na pociąg jadę, nie miałem jak kupić biletu. [po ichniejszemu listok], Sączę przez zęby daj się zlitować.
Goście momencik milczą. Uśmiechamy się. Czuję, że źle nie jest.
-Dokument masz?
-Mam-pewnie walę.
-Daj, tamten pociąga swoją myśl.
W porządku, co mi tam. Pokazuję dowód, ogląda, drugi przez ramię kolegi także.
-A euro masz?
Kurwa!, mam, ale nie dam. Puście mnie chłopaki, ja Polak, do Warszawy, 11.07 odjazd.
W oddali autobusu, ktoś nieśmiało krzyczy, -Polak, puścić! A mi serce rośnie.
A ci uśmieszki se robią. Wciąż patrzą jak na debila. Dojeżdżamy na stację. Myślę, zaraz policja mnie powita. Znowu mi dłonie podadzą :)
-Ty Polak? pyta jakby z przekąsem.
Myślę-nie, kosmita z planety twoje jądra!
-Dobra, idź-mówi ten , co oglądał mi dowód, I wskazuje mi drzwi w autobusie. Krzyczę im: Dziakuje, Dziakuje. Tamci machają rękoma.
Pociąg jeszcze stał.


To może nic wielkiego, o czym Wam napisałem. Dla mnie to ważne zdarzenia, ta słowiańska przaśność i życzliwość bardzo mnie podbudowały. W Austrii, byłoby to nie do pomyślenia.

Z góry przepraszam za brzydkie wyrazy, ale uznałem, że są tutaj absolutnie adekwatne. Rozmowy spolszczyłem, bo mój słowacki jest żałosny. I z szacunku dla ich języka. Tak po prostu, bo lubię Słowaków ;)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz