czwartek, 13 października 2016

"Wołyń"

Ja już zobaczyłem „Wołyń” w kinie i się nie rozczarowałem. Od lat nie widziałem tak dobrego polskiego filmu i jego wartość nie wynika jedynie z doniosłości poruszanego przez reżysera tematu, który samym swoim znaczeniem nobilituje „a prori” filmowe dzieło. Czyż można zrobić kiepski film np. o „Bitwie pod Grunwaldem” – sam temat na to nie pozwala. Niektórym ta sztuka się jednak udaje, Mord katyński lub Powstanie warszawskie były wydarzeniami historycznymi nie mniej istotnymi dla Polaków, niż zbrodnia ludobójstwa na Kresach, lecz współczesne filmy o nich były po prostu słabe („Katyń”) lub ledwo przyzwoite („Miasto 44”). W necie roi się od recenzji, o „Wołyniu” napisano już chyba wszystko, dlatego skupię się tylko na własnych, bardzo świeżych wrażeniach.
„Wołyń” mimo trudności realizacyjnych, problemów finansowych, długiego czasu powstawania i niesprzyjającej atmosfery politycznej po prostu się udał, a obawiałem się bardzo, że wszystkie te kłopoty, które spadły na głowę reżysera mogą zwyczajnie zepsuć film, co często się przecież zdarza.
Jednak nie, udało się, film broni się jako dzieło artystyczne i jako oczekiwana przez Kresowian narracja historyczna przywracająca pamięć i godność ich bliskim – ofiarom barbarzyńskiej zbrodni. Ponadto ma wymiar uniwersalny jako analiza i ocena toksycznej natury nacjonalizmu, nie tylko ukraińskiego, lecz wszelkich nacjonalizmów, a nawet -izmów w ogóle. Nazizm i komunizm, choć w tle, są tu przedstawione i ocenione równie negatywnie.
Po genialnym „Domu złym” Smarzowski znów wzniósł się na wyżyny swojego talentu i widać, że wiele nauczył się od swojego debiutanckiego „Wesela”. „Wołyń” to niejako powtórka z „Wesela” i „Róży”, ale o niebo dojrzalsza, głębsza, umieszczona w szerszym kontekście, przepięknie sfilmowana i znakomicie zagrana. Pierwsza część filmu przedstawia właśnie polsko-ukraińskie wesele z całą malowniczą otoczką obrzędową, muzyczną, obyczajową. Dla słowianofila to uczta dla oczu i uszu. Film ma znakomitą scenografię, kostiumy (wreszcie zero sztuczności) zdjęcia i w końcu, co rzadkość w nowych polskich filmach, porządny dźwięk. Wszystko słychać mocno i wyraźnie, postacie mówią w swoich językach, oczywiście są napisy, ale i bez nich każdy osłuchany ze słowiańską mową zrozumie, w czym rzecz.
Surowa, nieomal bez muzyki, prawie dokumentalna, naturalistyczna, nieśpieszna narracja filmu też jest dla mnie zaletą, choć niektórzy, przyzwyczajeni do teledyskowej oczojebności marudzą – to film na pewno nie dla nich. Wbrew pozorom, mimo powolnego tempa, nie ma w nim ani chwili nudy, wystarczy być uważnym i otwartym na reżyserskie znaki.
To szokujące zobaczyć na własne oczy jak łatwo tak bliskie sobie językowo i kulturowo ludy popadną za chwilę w śmiertelny amok nienawiści. Świetnie słyszalne pokrewieństwo słów potęguje grozę tego, co się wkrótce wydarzy. Inne zbiegi reżysera podobnie, np. bohaterowie dla ratowania życia raz po raz muszą udawać Ukraińców, co, ponieważ w istocie niewiele się od nich różnią, przychodzi im bez trudu. Zdaje się, że Smarzowski zadaje wprost pytanie – ludzie skoro jesteście tak do siebie podobni, że nie potraficie się rozpoznać, to dlaczego się tak okrutnie mordujecie?
Życie na wołyńskiej, przedwojennej wsi nikogo nie oszczędzało, biedne, trudne i ciężkie (jak na każdej prawdziwej wsi) prawie dla wszystkich. Smarzowski te wiejskie realia doskonale przedstawił, pokazał prawdę o tym świecie, bez sielankowego cukrowania. Słyszałem, że zarzuca mu się niedostatek dialogów, owszem są nikłe, ubogie, ale taka właśnie jest wieś, nie ma sił i czasu na gadanie, trzeba tyrać w polu i zagrodzie. Nie ma tam miejsca na miejskie sentymenty, gadatliwość i kulturową nadmiarowość. Aby się przekonać, że Smarzowski bynajmniej nie przesadził z ukazaniem ciężkiej doli włościan, polecam lekturę „Hrywdy” Rodziewiczówny. W takim bezwzględnym świecie żyją bohaterowie „Wołynia”, lecz zamiast wspólnie pracować, aby było lżej, lepiej, hołubią urazy, krzewią resentymenty i waśnie, które na koniec ich wszystkich najpierw upodlą, a potem zniszczą.
Przerażające jest oglądanie na ekranie jak tak podobni do siebie Polacy, Ukraińcy i Rosjanie przestają być ludźmi i pod wpływem obcych sobie w istocie religii i ideologii zaczynają się wzajemnie nienawidzić, krzywdzić i mordować – co najgorsze trwa to po dziś dzień. Niedawne nacjonalistyczne zbrodnie w Odessie i Donbasie są tego przykładem.
Oczywiście wojna, śmierć, okupacja, głód deprawują i odczłowieczają, ale przecież nawet podczas wojny okrucieństwa Banderowców (OUN, UPA) były czymś nadzwyczajnym, szokowały nawet zdeprawowanych skądinąd Niemców. Dla zwyrodnialstwa nie ma żadnego usprawiedliwienia!
„Wołyń” to przejmująca grozą lekcja, która uczy, że przede wszystkim, w każdych okolicznościach, musimy pozostać ludźmi, bliźnimi, a potem dopiero Słowianami, Polakami, Ukraińcami, Rosjanami, Żydami, Niemcami itp. Nacjonalistyczna, ideologiczna lub religijna etykietka nie zwalnia nas z odpowiedzialności bycia przyzwoitym człowiekiem, choćby za cenę niedostatku, a nawet życia. Wyznawcy Bandery i Szuchewycza o tym zapomnieli, zapomnieli o swoim człowieczeństwie, a nawet zwierzęctwie. Nie bez kozery bohater filmu grany przez Jakubika w pewnym momencie mówi: „zwierzęta się nie znęcają”. „Sława nacji” sprawiła, że ludzie stali się czymś gorszym od zwierząt.
A czymże jest ta wysławiana przez ludzi z okrwawionymi siekierami w dłoniach „nacja”, czy można upiec z niej chleb, dać dzieciom jeść, uleczyć nią choroby, czy zachwyci pięknem przyrody?

4 komentarze:

  1. ,,Zdaje się, że Smarzowski zadaje wprost pytanie – ludzie skoro jesteście tak do siebie podobni, że nie potraficie się rozpoznać, to dlaczego się tak okrutnie mordujecie?"
    To zdanie zasługuje na wyróżnienie.

    Ja żeby obejrzeć ,,Wołyń" muszę poczekać na DVD. Jak tylko są jakieś okrutne sceny, to robi mi się trochę słabo, więc muszę mieć możliwość przewinięcia. Teraz czytam recenzje w różnych miejscach i stwierdzam, że chyba warto obejrzeć (i warto poczekać...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez tej grozy, reżyser nią specjalnie nie epatuje, film będzie niepełny, tak samo jak prawda o tamtych wydarzeniach. Należy je zobaczyć, po to, aby nigdy się to nie powtórzyło...

      Usuń
  2. Ja po tym filmie jestem cały obolały, jakbym dostał cepami po całym ciele (zresztą cepy pojawiają się w filmie). Wiem, że reżyser musiał przedstawić te okrucieństwa ale jeśli, ktoś jest mniej odporny to nie powinien oglądać filmu. Najbardziej przeraża mnie, że w tym filmie nie ma żadnej nadziei, jest tylko zło w najczystszej postaci.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wróciłem z kina ponad godzinę temu. Mocny i poruszający film... Mimo wszystko, każdy świadomy człowiek powinien go obejrzeć. To film piętnujący wszelkie nacjonalistyczne brudy, zło w najczystszej postaci. I ta cisza po seansie, która robi wrażenie. Gdyby reżyser miał święty spokój i normalne finansowanie, byłby mega doskonały. Subiektywnie mam dwie uwagi, nazbyt widoczne sceny, które umyślnie skrócono-te obyczajowe z przyśpiewkami, z białymi głosami oraz scena, w której główna bohaterka ''chroni'' się w oddziale niemieckim-rozumiem zamiar reżysera, ale w moim odczuciu jest nazbyt przychylny Niemcom, jako okupantowi... Ale to moje odczucia. Film jest świetny, z wieloma słowiańskimi smaczkami.

    To prawda, koniec filmu jest trudny, nie dający nadziei-ale nie można było inaczej, bez sensu było cukierkować.

    OdpowiedzUsuń