piątek, 30 maja 2014

Słyszę w południe tętent lipowych bogów


Twórczość Jana Bolesława Ożoga (1913-1991) swojego czasu była przyjmowana z zainteresowaniem, by nie powiedzieć: z entuzjazmem. Niestety, czas mija, odchodzą kolejni ludzie, a na ich miejsce ukazują się następni... Dziś mało kto już sobie przypomina sylwetkę tego poety. Jego życiorys - spadkobiercy chłopskiej rodziny, studenta seminarium duchownego, a następnie polonistyki, wreszcie dobitnego krytyka katolicyzmu oraz założyciela poetyckiej grupy (o jakże wiele mówiącej nazwie) Barbarus - ukazuje jak zawiłymi drogami zmierzało życie wojennego pokolenia.
Jan Bolesław Ożóg
Po swoim mentorze – Stanisławie Czerniku (1899-1969) Bolesław Ożóg odziedziczył zainteresowania antropologiczne i etnograficzne oraz silne przekonanie, że tuż pod warstwą ludowej pobożności drzemią przedchrześcijańskie mity i prastara wiedza o świecie. Nie uważał ich bynajmniej za ciemny zabobon, jak sugerowała to wówczas zgodnie i Partia i Kościół, lecz za dziedzictwo, stanowiące o naszej tożsamości. Jako poeta postanowił Ożóg przekazać je dalej, wstępując na tą samą ścieżkę, którą wcześniej kroczyli anonimowi pogańscy poeci. Ale od chrztu minęło już przecież tysiąc lat, nie można więc w sposób sztuczny utrzymywać fikcji, że nic się nie zmieniło przez tysiąc lat. Zadaniem poety jest zatem, jak postulował to Ożóg, nie tylko ponowne opowiedzenie mitu, lecz i zaadaptowanie go do współczesnego świata, a nadto przekazanie w wierszu własnych, często niezwykle intymnych uczuć twórcy. Tylko w ten sposób teraźniejszy poeta uchroni się przed cepelią, czyli rzemieślniczym powielaniem dawnych wzorów. Trzeba nam tu zauważyć, że w tej mierze jego myśl jest zadziwiająco zgodna z koncepcjami współczesnych mu wielkich brytyjskich wierszopisarzy, takich jak T.S. Elliot czy Geoffrey Hill i ukazuje, że mimo żelaznej kurtny Polska nie była literackim zaściankiem.  
Słowiański pieśniarz przed bojem śpiewał o wojnie, lecz o czym mówił w czasie pokoju? To stara się nam przekazać urodzony w chłopskiej zagrodzie Ożóg. A czyni to niemal z ust do ust. 




Upalne południe


Słyszę, słyszę w południe tętent lipowych bogów
Na moście niezabudką przybitym do rozłogów.

Śródpolny im policzki wiatr opala zielone
I konie ich biegają w tę stronę i tę stronę.

Drewniane z głów hełmy błyskają jak konewki,
Kiedy z wodą je niosą na miedze dzikie dziewki.

Przez pola, łąki pędzą, z szuwaru w szuwar gęsty,
Giną za  nimi tętent, bulgot rzek, wiklin chrzęsty.

Zdziczałe oto wiązy jak zielone obłoki
Rozdzierają bożyszczom spod hełmów kudły loki.

Widzę, widzę w południe odjazd lipowych bogów,
Widzę bogów na moście, na moście wśród rozłogów.

Schnie siano, dzika róża pachnie za dnia jak nocą,
Tętnią kopyta koni, płaszcze bogów łopocą.

Jaką lilią łąkową wesprę okapy powiek,
Zdławiony dalą polną, śmiertelny, marny człowiek?



Lament Masława


Nade mną ptak wysoki.
Wiatr. Konie wiatru. W pędzie do krwią zlanych białych koni.

Wiatr spada jak spisa koniowi na grzywę,
Na hełm mój i na rudokrwawe loki.
Ptaki spokojnie mimo to wiszą w śródpolnej jabłoni.
Sypią się, toczą pod gałęzie
Jabłka robaczywe.

Trupami zaścielone
Jary i dzikie manowce.
Gdzieś konie jeszcze, ale już bez jeźdźców konie.
Tylko za rzeką
Klątwa wraz z królewską zgrają.

Jeden, a może dwa boże wierzchowce
Biegną koło mnie. I bór święty za mną płonie.
I ciała bogów po wodzie pływają.



Perun


Siarką mu śmierdzi żółty łeb,
U szyi krew, krew czarny skrzep,
Ogniem potrząsa jak z witrażu
I ślepia mu ogromne żarzą.
Błysk, ognia błysk, gdy marszczy brew,
Pałace dymem goni,
Wskazuje miasto, gdzie wsie płoną
Palcem ogromnym jak wrzeciono.
Zza liści błyska trupi gnat,
Gdy dmucha w fajkę swą na świat -
I w taniec puszcza się szalony
Z chmurą popiołów w puste strony.



*


Czernoboh? Tak, on ją ścigał ranny.
Pędziła konno naga, mokra po kąpieli.
Łąka zdziczała i łubinu woń u  drogi.
Brzęk kopytem zbudzonych w gnieździe trzmieli.

Rudy skwar, wąwóz wieczoru a potem
Noc nocy, co nie widzi nawet otwartego krocza rzeki.
A ty nie widziałeś nawet w rączce jej kwiatu dziewanny.

Zamiast się przeto mlekiem jeszcze upić.
Żywić się mi przychodzi udławioną kością gardła
I grudą ziemi wyklętą, i błotem.

Ręce mi ziębną, z żalu na piersiach kołkiem otworzonych drżą
I gorzki ją rwie jak tarnina szloch i jęk.

O jej daleki śmiech jak róża pełna krwi!

Pomóżcie poznać mi,
Gdzie ziemia i gdzie woda -
Równo pożera jedną i drugą zaraza ciemności, rozpaczy.

I ledwie, ledwie tli  mi świeca ślepa,
Gdy noc mi oczy wypaliła.



Wampir


Uciekam od wody do wody
I bagnem  szaleństwo dźwigam w las.

Wylewa się żółtko ze słonka
Po niebie bielutkim jak jajo -
I krew jest w tej chwili ze złota.

Czerwona rdza z wody szuwarów.

Bielutka już gnije na skale pasturka
I śmierdzą ołtarze jak lilie.

W kapliczce
Pod progiem woń storczyka,
Zielona w źrenicy jaszczurka.

Przyniosę na ołtarz pod dziuplę dębową
Sukienkę z rozdartej panienki.

A może to cicha sarenka?

Ale mi stanąć nie chciała!
Ale pogłaskać mi się nie dała!
Krzyknęła poleciała!

Boża łaska uciekła w łasicę,
Gronostajem popłynęła krew.



Gwałt


Koń boży uzdą pyska
Niech orze krzaki albo muł.
Światozar w życie dziewkę ściska
I łamie ją jak wiązkę wpół.

Pyłem się wierzb nadyma w pysze,
Dziki jak dąb i czarny szpak
I dziewka  w bruździe się kołysze
Czerwony podeń ścieląc mak.

Przez zieleń rdzawego spokoju
Ojciec jej pędzi - nie  wiem gdzie -
I Lel powrozem białego powoju
W owsie powiesił się na źdźble.

Ojcu przez pola u siermięgi
Brzęknął beczułką brzucha trzmiel
I malinowe rosząc krwią ostręgi
Na kłosie złotym wisi Lel.



Masław


Pod popiołem z łez osiki
Chciałem usnąć w żytnim źdźble.
Topór właśnie wybrał mnie
Jak Trigłowa przy kościele.

Przekowali mi koronę,
Piłę mam z niej aż za kark aż,
Piła z mitry tnie mi twarz
I rozcina śliwę – żonę.

Leżę obok drogi, dziki
Jak szczur albo ścierwo psie.
Ale pałą można mnie
Przekuć na jaskółcze ziele.

Przez pokrzywy i pod chwasty
Nogę z ostu wiatr mi gnie.
Wstaję. O noc potknę się.
Kopnie mnie koń szczeciniasty.

Księża, śmierdzę krwią od męki
W błocie, w kurzu, w zbitym szkle
Jakżeż moglibyście mnie
Zgarnąć pod dach włokiem ręki?



Dziedzilia


Ta biała – Marzanna
Ta druga?
Ta druga, ta czarna – to siostra,  jej siostra zaranna
I sługa.

Ta czarna
Ma oczy jak agrest zielone.
Pierś twardą ja orzech laskowy.
I biodra ze śniadych jak dzbany żołędzi.

Ach, serce im miele jak żarna
Jej śmiech i sukienka, i ręce spocone.
Pod bioder jej obie omdlałe, drażniące połowy
Kwik nagły ogiera na łące ich pędzi.

Otwiera się czas im jak wrota
I z wonią dziegciową remiza spróchniała jak wierzba -
A za nią bór modry niedzielny jodłowy
A za nią bór modry, niedzielny, jodłowy,
Pachnący trzmielami z daleka.

Rozpiera młodziutka tęsknota -
I w kępach wikliny przez siano wrotyczu drze biała się
Dzierzba -
I kwitną konopie nad wodą, i z nieba
Kołyszą się krowy -
I kumaki kumkają, i pachnie dziewanna i rzeka.

- Braciszku! – dziewoklicz. Jest jedna. I tylu parobków
Od koni.

Jej oczy zielone, niewinne
- Braciszku! – trzymają małego mnie oni.
Zrzucają z niej chusty w leszczynę.

Na pół godziny przed zachodem,
W czas gdy  się jaśmin mi tak marzy,
Jak na nieszporach jedno alma,
Goździka koń czerwonogniady
Rży i pod żebrem rana się otwiera,
Co było pogaszone świeci,
Jak lilii woń na fali gradu,
Już tyko słońce poprzez drzewa
Nisko trwa krwawe w blaskach twarzy.

Przerażające jak Marzanna,
Kiedy się zjawia z kosą w łzach
Naga i tak niewinna,
Że w nieobrosłe dziką różą łono
Całuje ją pan młody,
Jak panią młodą – wciąż dziewczynę
Do końca święta ślubu,

Tak kosą ścina łąki biała panna.



Żywia


Moja
Zielona jak miedź!

Ten sen przeżyje noc.

Gdy zieleń wiosny zacznie się oddalać
I ręka już nie dotknie traw,
Po których bosoś przebiegała do mnie
Z sukienką podniesiona za kolana,
Ażeby podobać się więcej jeszcze.

Ten sen jak pocisk noszę w lewym boku.

Nawet z komina domu twoich ojców leśnych
Dym dymi krwią.

Zawdzięczam cię ptakom z popiołu i rdzy.

Jeślim wiąz,
Zostanie po mnie już dla ciebie
Majowy listek tylko,
Gradem ścięty.



Pokłon z północy


Stuka ręka moru
Co mrok w białe czoło
Wiersza najmłodszego.

Liczę zęby ziemi
Niby węgły domu.

Chronię złe od złego.

Spuszczam lasy z borów,
Chmury zwalniam z burzy
I wołam pomocy.

Kłania się mi z juchach
Czarny rogiem lodu
Biegun od północy



Za polem księdza kanonika


Bylebym był w tej parafii był a był, był bylekim,
Byleby
Na łące nocą kwik kobyli
W bylinowy dym
Zmieniał pastusze moje dawne złote sny!

Wiem, mieć wolelibyście, księże, mnie w pociętej piłą lilii,
Jak Lela pociętego kiedyś z łaski Chrysta.

Ale ukrywa mnie przed gromem las jak rzekę albo ziemię
I dźwiga mnie we mgle niby kurz ze złota,
I jakiś ptak mi nad ramieniem śwista,
I koń otwiera mi w lazury wrota,
I jednym skrzydłem przytrzymuje strzemię. 

Znoszą wam w lęku wierni wota
I wrzeszczą, księże, że na Łysą Górę jadę.

A ja jedynie
Pieczoną marchew w zęby kładę,
Klacz znowu w noc w plebańskie pędzę dynie.



Żmija


Żmijo,
Żmijo!
Jak ciężka troska złym kamienie leżysz mi na sercu,
Stara czarownico – żmijo!
Jedna troska - o chleb -  trzyma się mnie jak nogami bagna w lesie
Żółw,
Inna o - zbawienie wieczne - ze słonkiem do spania się przykrywa
Mroźną mgłą.

Żmijo, wgryzasz mi się w pierś z wściekłością jak wierzbowy korzeń.

Jesteś jak żmija, żmijo!

Ach stara czarownico - żmijo
Dookoła jak róża , kolcami, gwoździami odziana,
Pijesz ze mnie krew,
Jak stara żmija mleko z chorej krowy.

Stara żmijo, czarownico,

Jesteś jak ziemia,
Przedwieczna, zła i dzika, z gradu i z kamienia.

A z ziemią, jak nieszczęściu z ziemią
Ciężko mi, nielekko.
Jakbym niósł ją w siódme pokolenia.



Mit


W mieście motory, maszyny -
Ziemia za płotem miasta -
Wierzba kwarda dziuplasta -
Dziupla z kudłatej wierzbiny.

A ździro – wierzbo koścista,
A ziemio wypłakana!...

Na łące w woni siana
Wierzba krzywa i mszysta
Do dziupli mnie przygarnia.

Na siedem żabich skoków
Skaczę za nią jak latarnia.

Wydój mnie wierzbo, z soków
Spuść je w swoje korzenie -
Gdy Lela doisz jak krowę!

Marzanno – dziuplo – marzenie!

Śmierci moja niczyja -
I dziuplo dziewki dziczki -
Niby trzosło cieliczki -
Jak otwarta lilija!

*

Wrócę w korzenie wierzbowe.


4 komentarze:

  1. Piekne, naprawde dusza rosnie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oklaski dla Autora, tj. Ożoga. :)

      Usuń
  2. Pierwszy raz stykam się z poezją nawiązującą do kultury i panteonu bogów Słowian. Dobrze, że na przestrzeni lat był zawsze ktoś, kto podtrzymywał wiedzę o naszej przeszłości, którą się oficjalnie pomija.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takich wierszy jest oczywiście więcej, lecz nikt do dziś nie pokwapił się, by wydać je w jednej antologii. Szkoda.

      Usuń