piątek, 9 maja 2014

Słowo o wyprawie Igora – powiedzieć wszystko


Z średniowieczną twórczością literaturoznawcy mają nieustające problemy. Wychowani na tradycji antycznej i podziale literatury dokonanej przez Arystotelesa nie potrafią zaszeregować utworów barbarzyńskiej Europy wedle porządku: liryka, epika, dramat. Przypomnijmy krótko: liryką według tego ujęcia jest taki utwór, który opowiada o wewnętrznych przeżyciach. W epice narrator opowiada o jakiś wydarzeniach. Dramat to znów opowieść, którą snują główni bohaterowie poprzez swe wypowiedzi. Ale co zrobić, gdy tekst częściowo opowiada o uczuciach, narrator ciągle się wtrąca, by opisywać dzieje i wypadki, a do tego dochodzą dłuższe dialogi uczestników wydarzeń? W ten sposób utwór ucieka naszemu klasycznemu podziałowi. Tak jest właśnie z „Słowem o wyprawie Igora”. Forma literacka naszego zabytku stanowi nie lada zagadkę dla badaczy literatury, tak iż sławny profesor Aleksander Brückner opisał ją w krótkich słowach: chaos.  
Ale „Słowo o wyprawie Igora” nie stanowi pod tym względem wyjątku w twórczości barbarzyńskiej Europy. Podobne kłopoty stwarzają wiersze skaldów, eposy staroangielskie czy poezja celtycka. Problem jednak dla nas - Słowian w tym, że nie wiadomo, w jaki sposób „Słowo” tłumaczyć. Wielki polski poeta, Julian Tuwim pracował nad przekładem dwadzieścia lat, lecz ostatecznie zdecydował się na formę poetycką. Czy więc przekład prozą jest uzasadniony? Bezsprzecznie jest, co więcej może nawet przewyższać wersję wierszowaną. Poezja bowiem ma swe wymagania: estetyka utworu góruje nad treścią, stąd konieczne są czasem odstępstwa od oryginału. Zatem, aby przeczytać „Słowo” niejako słowo po słowie, nie roniąc nic z jego treści konieczny jest przekład prozą. W naszym cyklu „Wokół Igorowego słowa” publikowaliśmy już przekład poetycki, teraz zaś winniśmy spojrzeć jeszcze raz na przekład prozatorski i porównać, co Julian Tuwim opuścił, co tylko napomknął, a czego nie odważył się powiedzieć do końca. Która wersja przekładu bardziej pasuje do naszego utworu – na to pytanie już musimy odpowiedzieć sobie sami. Niech więc już po raz ostatni wieszczy Bojan do nas przemówi…


Słowo o wyprawie Igora



Czy nie przystałoby nam, bracia, rozpocząć starymi słowy smutną opowieść o trudach Igorowej wyprawy, Igora, syna Światosława? Niechże się więc zacznie pieśń ta według [prawdziwych] wydarzeń naszych czasów, a nie według zmyślenia Bojanowego.
Bo wieszczy Bojan, kiedy chciał komu pieśń układać, to się rozpływał myślą po drzewie, szarym wilkiem po ziemi, siwym orłem pod obłokami. Bo — jak sam mówił — przypominał sobie waśnie dawnych czasów. Wtedy wypuszczał dziesięć sokołów na stado łabędzi; którego [łabędzia sokół najpierw] dopadał, ten pierwszy pieśń śpiewał staremu Jarosławowi, mężnemu Mścisławowi, który zarżnął Rededię na oczach wojsk czerkieskich, urodziwemu Romanowi Światosławowiczowi. Bojan zaś, bracia, nie dziesięć sokołów wypuszczał na stado łabędzi, lecz kładł swoje wieszcze palce na żywe struny, te zaś same rozbrzmiewały sławą książętom.
      
Zacznijmy więc, bracia, tę opowieść od dawnego Włodzimierza do dzisiejszego Igora, który zahartował umysł swoją mocą i wyostrzył swoje serce męstwem; pełen ducha wojennego poprowadził swoje dzielne wojska na ziemię połowiecką, [by walczyć] za ziemię ruską. Wtedy Igor spojrzał na jasne słońce i zobaczył, że pokryło ono jego wojowników ciemnością. I rzekł Igor swej drużynie: „Bracia i drużyno! Lepiej się dać zarąbać niż dostać się do niewoli. Dosiądźmy więc, bracia, swoich rączych koni, aby spojrzeć na błękitny Don”. Zapłonął umysł księcia w gorącym pragnieniu i silna chęć zakosztowania wielkiego Donu przesłoniła mu znaki [niebieskie]: „Chcę bowiem - powiedział — złamać włócznię o kraj pola połowieckiego; z wami, synowie ruscy, chcę głowę swoją położyć albo napić się hełmem [wody] z Donu”.

O Bojanie, słowiku dawnych czasów! Żebyś to ty mógł wyśpiewać te wyprawy pieniem słowiczym, fruwając, słowiku, po urojonym drzewie, latając duchem-rozumem pod obłokami, splatając pieśni o sławie dokoła naszego wieku! Mknąc szlakiem trojańskim przez pola na gory wnuk jego powinien by [taką] pieśń śpiewać Igorowi: „Nie burza zaniosła sokoły przez pola szerokie; kawki stadami śpieszą ku wielkiemu Donowi”. Lub [raczej tak by] zaśpiewać należało, wieszczy Bojanie, wnuku Welesowy: „Konie rżą za Sułą, dźwięczy sława w Kijowie”.
Trąby trąbią w Nowogrodzie, stoją chorągwie w Putywlu: Igor czeka brata ukochanego, Wszewołoda. I rzekł mu buj-tur Wszewołod: „Bracie jedyny, jedyne światło jasne, Igorze, obaśmy Światosławowicze! Siodłaj, bracie, swoje rącze konie, a moje już gotowe, pod Kurskiem zawczasu osiodłane. A [znów] moi Kurszczanie — znani wojownicy, pod trąbami powici, pod hełmami wykołysani, końcem włóczni wykarmieni; drogi im są znane, jary wiadome, łuki mają napięte, kołczany otwarte, szable naostrzone; a sami mkną niczym szare wilki w polu, szukając dla siebie chluby, a dla księcia sławy”.
Wtedy wstąpił książę Igor w złote strzemię i pojechał przez szczere pole. Słońce mu mrokiem drogę zagradzało, noc, hucząc nad nim burzą, ptactwo przebudziła, podniósł się świst zwierząt. Dziw krzyczy na wierzchołku drzewa, każe się przysłuchać ziemi nieznanej: Wołdze i Pomorzu, i Posulu, i Surożowi, i Korsuniowi, i tobie, tmutorokańskie bożyszcze!
A Połowcy nie wyjeżdżonymi drogami pobiegli ku wielkiemu Donowi; krzyczą wozy o północy, rzekłbyś — łabędzie spłoszone. Igor ku Donowi wiedzie wojowników. Już bowiem na klęskę jego ptactwo czyha po dąbrowach, wilki po wąwozach wróżą [wyciem] grozę, orły klekotem zwołują zwierza na kości, lisy szczekają na czerwone tarcze. O, ziemio ruska, jużeś za kurhanem!

Długo w nocy przygasa zorza [wieczorna]. Świt się rozjarzył, mgła okryła pola; szczebiot słowików zmilknął, wrzask kawek się obudził. Synowie Rusi rozległe pola przegrodzili czerwonymi tarczami, szukając dla siebie chluby, a dla księcia sławy.
W piątek o świcie zgnietli niewierne pułki połowieckie i rozsypawszy się jak strzały po stepie, zagarnęli piękne dziewczęta połowieckie, a z nimi złoto, wzorzyste tkaniny i drogie złotogłowia; okryciami, opończami i kożuchami zaczęli mosty mościć na błotach i grzęzawiskach — wszelkimi ubiorami połowieckimi. Czerwony znak, biała chorągiew, czerwony buńczuk, srebrne drzewce — dla mężnego Światosławowicza!
            
Drzemie w polu dzielne gniazdo Olegowe. Daleko zaleciało! Nie było ono zrodzone na pastwę ani dla sokoła, ani dla krzeczota, ani dla ciebie, czarny kruku, nieczysty Połowcze! Gzak pędzi szarym wilkiem, Konczak drogę przed nim znaczy ku wielkiemu Donowi.
Nazajutrz wczesnym rankiem krwawe zorze świt zwiastują. Czarne chmury idą od morza, chcą zakryć cztery słońca, a w nich trzepocą sine błyskawice. Uderzy tu potężny grom, spadnie deszcz strzałami od Donu wielkiego! Tu się włócznie złamią, tu szable się poszczerbią o hełmy połowieckie, na rzece, na
Kajale, u wielkiego Donu. O, ziemio ruska, jużeś za kurhanem! 
            
Oto wiatry, wnuki Strzyboga, wieją od morza strzałami na dzielne zastępy Igorowe. Ziemia dudni, rzeki płyną zmącone, kurzawa pola pokrywa, chorągwie zapowiadają: Połowcy ciągną od Donu i od morza. I ze wszystkich stron otoczyli szeregi ruskie. Potomkowie diabelscy wrzaskiem pola przegrodzili, a dzielni synowie Rusi przegrodzili [je] czerwonymi tarczami.
            
Turze straszny, Wszewołodzie! Stoisz [w ogniu] walki, tryskasz strzałami na wojowników, walisz w hełmy stalowymi mieczami. Gdziekolwiek tur skoczył pobłyskując swym złotym hełmem, tam leżą [pokotem] plugawe głowy połowieckie. Tyś to rozszczepiał hartownymi szablami hełmy awarskie, turze straszny, Wszewołodzie! Rozdawał ciosy, drodzy bracia, zapomniawszy o zaszczytach i bogactwach, i grodzie Czernihowie — złotym tronie ojcowskim — i o pieszczotach i kochaniu swej umiłowanej pięknej Glebowny.
            
Były czasy trojańskie, minęły lata Jarosławowe. Były wyprawy Olegowe, Olega, syna Światosława. Ten, bo Oleg kuł mieczem niezgodę i strzały siał po ziemi. Wstępuje w złote strzemię w grodzie Tmutorokaniu. Tenże szczęk [strzemion] usłyszał stary, wielki Wszewołod, syn Jarosława, a Włodzimierz co rana zatykał uszy w Czernihowie. A Borysa Wiaczesławowicza chełpliwość przed sądem [bożym] postawiła i na zielonej trawie stepowej całun [mu] rozesłała za krzywdę Olega, młodego i dzielnego księcia. Z tejże Kajały Światopełk kazał przewieźć ojca swego inochodźcami węgierskimi do Św. Zofii do Kijowa.
Wtedy, za Olega Gorzesławicza, siały się i rosły niezgody, marniało mienie wnuka Dadźbożego, w książęcych waśniach dni życia ludzkiego się skróciły. Wtedy na ziemi ruskiej rzadko oracze pokrzykiwali, ale często kruki krakały, dzieląc między sobą trupy, a kawki po swojemu wrzeszczały: polecieć chcą na żer.
            
Tak było w czasach tamtych walk i tamtych wypraw, ale o takim boju nie słyszano: od wczesnego rana do wieczora i od wieczora do świtu lecą strzały hartowne, walą szable o hełmy, pękają z trzaskiem włócznie stalowe w polu nieznanym, wśród ziemi połowieckiej. Ziemia, czarna pod kopytami, kośćmi została zasiana, a krwią polana: niedolą wzeszły [one] na ziemi ruskiej.
Co mi szumi, co mi dźwięczy na krotko przed świtaniem? Igor wojska swoje zawraca: żal mu ukochanego brata, Wszewołoda. Bili się dzień, bili drugi; trzeciego dnia koło południa padły znaki Igorowe. Tu się bracia rozłączyli na brzegu wartkiej Kajały. Tu krwawego wina nie starczyło, tu uczty dokończyli mężni synowie ruscy: swatów napoili, a sami padli za ziemię ruską. Kłoni się trawa z żalu, a drzewo się ze smutkiem ku ziemi pochyliło.
Już bowiem, bracia, niewesoła chwila nastała, już pustynia siłę przykryła. Wstała przemoc w siłach wnuka Dadźbożego, wstąpiła jako dziewica na ziemią trojańską, zatrzepotała z pluskiem łabędzimi skrzydłami na błękitnym morzu u Donu, trzepocąc odpędziła czasy obfitości. Ustała walka książąt z pohańcami, bo rzekł brat do brata: „To moje i to też moje”. I zaczęli książęta o małym mówić „to wielkie” i sami przeciwko sobie zdradę knować. A pohańcy ze wszystkich stron napadali zwycięsko na ziemię ruską.
            
O, daleko zaleciał sokół, rażąc ptactwo — do morza! A dzielnego wojska Igorowego nic nie wskrzesi! Zapłakała za nim płaczka i lament popłynął ziemią ruską. Potrząsając żarem w rozjarzonym rogu, odezwały się kobiety ruskie zawodząc: „Już nam o naszych ukochanych ani myślą pomyśleć, ani się dumą zadumać, ani [ich] na oczy oglądać, a złotem i srebrem nawet nie zabrzęczeć!” I zajęczał, bracia, Kijów od nieszczęść, a Czernihów od napaści. Smutek rozlał się po ziemi ruskiej, bujna troska popłynęła środkiem ruskiej ziemi. Książęta zaś sami przeciwko sobie zdrady knowali, a pohańcy, najeżdżając zwycięsko na ziemię ruską, sami ściągali daninę po wiewiórce od dymu.            
Bowiem ci dwaj mężni Światosławowicze, Igor i Wszewołod, już obudzili waśniami wrogą siłę. Tę uśpił był ojciec ich Światosław groźny, wielki, kijowski i strachem przytłumił. Swoimi silnymi wojskami i mieczami stalowymi uderzył na ziemię połowiecką, stratował wzgórza i jary, zmącił rzeki i jeziora, wysuszył potoki i błota. Jak wicher wyrwał niewiernego Kobiaka z zatoki morskiej spośród żelaznych zastępów połowieckich; i upadł Kobiak w mieście Kijowie, w świetlicy Światosławowej. Tu Niemcy i Wenecjanie, tu Grecy i Morawianie wysławiają Światosława, a winią księcia Igora, który zatopił dostatek na dnie Kajały i napełnił rzeki połowieckie ruskim złotem. Tu książę Igor przesiadł się z siodła złotego na siodło niewolnika. Sposępniały mury miejskie i znikło wesele.            
A Światosław niejasny sen widział w Kijowie na wzgórzach. „Tej nocy z wieczora odziewano mnie — mówił — czarnym całunem na łożu cisowym; czerpano dla mnie sine wino zmieszane z żółcią; sypano mi pustymi kołczanami Tołmaczow wielkie perły na łono, i piastują mnie. A oto już deski bez sosrębu pod złocistym wierzchem mego teremu. Przez całą noc od wieczora krakały szare wrony. U Plesieńska na podegrodziu znalazły się sanie i poniesiono je do błękitnego morza”.            
I rzekli bojarzy księciu: „Już, książę, żałość ogarnęła rozum: bo oto dwa sokoły sfrunęły z ojczystego tronu złotego, by zdobyć miasto Tmutorokań czy też napić się hełmem [wody] z Donu. Już skrzydła sokołom podcięto szablami pohańcow, a je same spętano w żelazne pęta. Bo ciemno było dnia trzeciego: dwa słońca się śćmiły, oba purpurowe słupy [światła] zagasły i w morzu się pogrążyły, a z nimi dwa młode księżyce, Oleg i Światosław, mrokiem się oblekły. Na rzece, na Kajale, ciemność światło przykryła: rozbiegli się po ziemi ruskiej Połowcy niczym miot lamparci i wielkie zuchwalstwo dotarło aż do Huna. Już spadła hańba na chwałę; już runęła przemoc na wolność; już rzucił się Dziw na ziemię. I oto piękne gockie dziewice uderzyły w śpiew na brzegu błękitnego morza, pobrzękując ruskim złotem; opiewają czasy Busowe, kołyszą w sercu zemstę za Szarokana. A my, drużyna, [na próżno] już spragnieni [czekamy] wesela!”            
Wtedy wielki Światosław uronił złote słowo ze łzami zmieszane i rzekł: „O moi bratankowie, Igorze i Wszewołodzie! Wcześnieście zaczęli ziemię połowiecką mieczami do łez przywodzić, a dla siebie sławy szukać. Aleście bez sławy zwyciężyli, boście bez sławy krew niewierną przelali. Wasze mężne serca z twardej stali wykute, a w zuchwałej odwadze zahartowane. Tożeście uczynili mojej srebrnej siwiźnie? Nie widzę już u władzy silnego, bogatego i zasobnego w wojowników brata mego Jarosława z czernihowskimi wielmożami, z Mogutami i z Tatranami, i z Szelbirami, i z Topczakami, i z Rewugami, i z Ołbierami. A przecie ci bez tarcz, tylko z nożami dobytymi zza cholewy, wrzaskiem wroga zwyciężają, rozbrzmiewając sławą pradziadów.  
Aleście rzekli: „Odważmy się sami: przyszłą sławę sami zagarniemy, a minioną się sami podzielimy”. A czy to dziwne, bracia, że stary młodnieje? Sokół, co się już pierzył, wysoko ptactwo zapędza, nie daje skrzywdzić swego gniazda. Lecz oto bieda: od książąt nie mam pomocy. Na gorsze zmieniły się czasy. Oto w Rymowie krzyczą pod szablami połowieckimi, a Włodzimierz [upada] pod ciosami. Smutek i żałość synowi Glebowemu!            
Wielki książę Wszewołodzie! Czyż nie zamyślasz przybiec z daleka na obronę złotego tronu ojcowego? Przecież ty możesz Wołgę wiosłami rozbryzgać, a Don wyczerpać hełmami. Gdybyś ty [tu] był, byłaby branka po nogacie, a niewolnik po riezanie. Przecież ty możesz i na stałym lądzie miotać żywymi strzałami ognistymi — dzielnymi synami Glebowymi!            
Ty, gwałtowny Ruryku, i ty, Dawidzie! Czyż nie wasi wojownicy pod złoconymi hełmami po [morzu] krwi pływali? Czy nie wasza dzielna drużyna ryczy jak tury zranione szablami hartownymi w polu nieznanym? Wstąpcie, panowie, w złote strzemię za świeżą krzywdę, za ziemię ruską, za rany Igora, śmiałego Światosławowicza!
Halicki Osmomyśle Jarosławie! Siedzisz wysoko na swoim wykutym w złocie tronie, podparłszy góry węgierskie żelaznymi pułkami, zagrodziwszy drogę królowi, zamknąwszy bramy Dunaju, miotając ciężkie pociski skroś chmury, sądy sprawując aż po Dunaj. Burze twoje rwą [jak potoki] przez ziemie, otwierasz bramy Kijowa, z ojcowskiego złotego tronu strzelasz do sułtanów zamorskich. Dosięgnij strzałą, panie, Konczaka, pohanego niewolnika, za ziemię ruską, za rany Igora, śmiałego Światosławowicza.            
A ty, gwałtowny Romanie, i ty, Mścisławie! Mężny duch porywa wasz umysł do czynu. Wysoko unosisz się, nieustraszony, za zdobyczą, jak sokół szybujący na wietrze, gwałtownie uderzający na ptaka, by go pokonać. Macie bowiem żelaznych junaków pod hełmami łacińskimi. Zadudniła pod nimi ziemia i wiele narodów — Hunowie, Litwa, Jaćwież, Deremeła i Połowcy — dzidy swoje rzuciło i głowy swoje skłoniło pod te miecze stalowe.
            
Ale, książę, dla Igora już przygasł blask słoneczny i drzewo nie na pomyślność liście zrzuciło. Podzielono miasta nad Rosią i nad Sułą. A dzielne wojsko Igorowe już nie wskrześnie! Don cię woła, książę, i przyzywa książąt na zwycięstwo. Olegowicze, waleczni książęta, już stanęli gotowi do walki.
Ingwar i Wszewołod, i wszyscy trzej Mścisławowicze, nie podłego gniazda jastrzębie! Czyż nie z losu zwycięstw osiągnęliście wasze posiadłości? Gdzież są wasze złote hełmy i dzidy lackie, i tarcze? Zagrodźcie bramy stepu swoimi ostrymi strzałami za ziemię ruską, za rany Igora, śmiałego Światosławowicza.
Już bowiem Suła nie płynie srebrnym nurtem dla miasta Perejasławia i Dźwina pod wrzaskiem pogańskich [Litwinow] błotem ciecze tym groźnym Połocczanom. Jeden tylko Izasław, syn Wasilka, podzwania swymi ostrymi mieczami o hełmy litewskie; przygasił sławę dziada swego Wszesława, a sam pod czerwonymi tarczami, na zakrwawionej trawie, pocięty mieczami litewskimi [padł] jak na łoże z ukochaną.
            
I rzekł: „Drużynę twoją, książę, ptactwo skrzydłami przyodziało, a zwierz krew zlizał”. Nie było tu brata Briaczysława ani drugiego — Wszewołoda: samotny oddał perłową duszę z mężnego ciała poprzez złote obramienie [szaty wokół szyi]. Przycichły głosy, zmilkło wesele, trąbią trąby gorodzieńskie. Jarosławie i wszyscy wnukowie Wszesława! Zniżcie już swe chorągwie i wsuńcie do pochew poszczerbione miecze. Jużeście odbiegli od sławy dziadów. Wyście to przez swoje waśnie zaczęli sprowadzać pohańcow na ziemię ruską, na dobro Wszesławowe. Przez swary przyszła przemoc od ziemi połowieckiej na ziemię trojańską w siódmym tysiącleciu.
            
Rzucił Wszesław losy o miłą sobie dziewicę. Podstępem, wsparłszy się na włóczni, wtargnął do miasta Kijowa i dotknął drzewcem złotego tronu kijowskiego. Śmignął od nich srogim zwierzem o północy z Białogrodu pod osłoną mgły błękitnej... [tekst zepsuty] otworzył bramy Nowogrodu, obalił sławę Jarosława, skoczył wilkiem do Niemigi, ubił tok. Na Niemidze ścielą snopy głową przy głowie, młocą stalowymi cepami, życie kładą na toku, wieją duszę od ciała. Krwawe brzegi Niemigi nie dobrem były obsiane: obsiane [zostały] kośćmi ruskich synów. Książę Wszesław nad ludźmi sądy sprawował, jako książę rządził miastami, a sam w nocy wilkiem ganiał: z Kijowa dobiegał przed pianiem kogutów do Tmutorokania, wielkiemu Chorsowi jako wilk drogę przebiegał. W Połocku rano zadzwonili mu na jutrznię w dzwony u Św. Zofii, a on już w Kijowie to bicie w dzwony słyszał. Choć wieszczego miał ducha w mężnym ciele, ale często cierpiał boleśnie. Wieszczy Bojan — mądry — dawno już o nim taki przyśpiew ułożył: „Ani chytry, ani przebiegły, ani ptak doświadczony przed sądem bożym nie ujdzie”.            
O, jęczeć musi ruska ziemia, wspominając dawne czasy i dawnych książąt! Owego starego Włodzimierza nie można było utrzymać na wzgórzach kijowskich. Chorągwie jego są teraz jedne Rurykowe, a drugie Dawidowe, ale w rożne strony im ich buńczuki powiewają. Kopie śpiewają na Dunaju. Jarosławny głos słychać. Rano, nie mając wieści, jak kukułka kuka: „Polecę — mówi — kukułką po Dunaju, umoczę bobrowy rękaw w rzece Kajale, obetrę księciu krwawe jego rany na jego mocnym ciele”.
            
Jarosławna płacze rankiem w Putywlu na murach, mówiąc: „O wietrze, wichrze! Czemu, panie, tak gwałtownie wiejesz? Czemu ciskasz na swych beztroskich skrzydłach huńskie strzały na wojowników mego ukochanego? Czyż ci nie dość wiać gorą pod obłokami, kołysać okręty na błękitnym morzu? Czemuś, panie, rozwiał moją radość po trawie stepowej?”          
Jarosławna rankiem płacze na murach obronnych Putywla, mówiąc: „O Dnieprze Słowutyczu! Tyś przebił skalne góry poprzez ziemię połowiecką. Kołysałeś na sobie Światosławowe łodzie do hordy Kobiakowej, przykołysaj, panie, mego miłego do mnie, abym nie słała do niego rankiem łez na morze”.            
Jarosławna rankiem płacze w Putywlu na murach: „Jasne, po trzykroć jasne słońce! Dla wszystkich jesteś ciepłe i piękne. Czemuś, panie, rozpostarł swe upalne promienie nad wojskiem mego ukochanego? W stepie bezwodnym tyś im łuki pragnieniem skręcił, żalem kołczany zawarł”.
            
Wzburzyło się morze o północy, wznoszą się leje [wodne]. Poprzez mgły Bog drogę ukazuje księciu Igorowi z ziemi połowieckiej do ziemi ruskiej na złoty tron ojcowski. Zgasły zorze wieczorne. Igor śpi, Igor czuwa, Igor w myśli step przemierza od wielkiego Donu do małego Dońca. Koń [gotów] o północy, świsnął Owłur za rzeką. Każe księciu rozumieć: księcia Igora ma [tu] nie być! Krzyknął. Stęknęła ziemia, zaszumiała trawa, poruszyły się wozy połowieckie. A książę Igor śmignął gronostajem w szuwary i białym nurem na wodę. Rzucił się na chybkiego konia i zeskoczył z niego wilkiem białonogim. Pomknął na łęgi donieckie i poleciał sokołem pod mgłami bijąc gęsi i łabędzie na śniadanie, obiad i wieczerzę. Kiedy Igor poleciał jak sokół, wtedy Owłur niby wilk pomknął, strząsając sobą chłodną rosę, gdyż obaj ochwacili swoje rącze konie.            
Odezwał się Doniec: „Książę Igorze, niemało [stąd] chwały dla ciebie, a dla Konczaka zgryzoty, a dla ziemi ruskiej wesela”. Rzekł Igor: „O, Dończe, niemało [też] chwały dla ciebie, coś kołysał księcia na falach, rozściełał mu zieloną trawę na srebrzystych brzegach, odziewał go ciepłymi mgłami w cieniu zielonego drzewa. Czuwałeś nad nim przez nura na wodzie, czajki na falach, cyranki na wietrze.” Nie taka to, powiadają, [była] rzeka Stugna: mająca skąpe wody, wezbrawszy obcymi strugami i potokami, rozlana w ujściu, zamknęła w swej głębi u ciemnego brzegu młodocianego księcia Rościsława. Płacze matka Rościsławowa po młodym księciu Rościsławie. Posmutniały kwiaty z żalu, a drzewo się ze smutkiem ku ziemi pochyliło.         
To nie sroki zaskrzeczały: w ślad za Igorem rozjeżdża Gzak z Konczakiem. Kruki wtedy nie krakały, kawki zmilkły, sroki przestały skrzeczeć; tylko dzięcioły pełzały po gałęziach wierzby — stukotem ukazują drogę ku rzece, a słowiki wesołymi pieśniami świt zwiastują.          
Mówi Gza do Konczaka: „Skoro sokół leci do gniazda, zestrzelimy obaj sokole swoimi złocistymi strzałami”. Powiada Konczak do Gzy: „Skoro sokół leci do gniazda, usidlamy we dwóch sokolika piękną dziewicą”. I rzekł Gza Konczakowi: „Jeśli go usidłamy piękną dziewicą, obaj nie będziemy mieć ani sokolika, ani pięknej dziewicy i zaczną [oni] bić nasze ptaki w polu połowieckim”.
          
Rzekł Bojan i do syna Światosława, pieśniarz dawnych czasów Jarosławowych, Olegowych, [czasów] pierwszych książąt: „Kiedy źle głowie bez barków, marnie i ciału bez głowy” — ruskiej ziemi bez Igora. Słońce świeci na niebie, książę Igor w ruskiej ziemi! Dziewice śpiewają na Dunaju, płyną głosy przez morze do Kijowa, Igor jedzie przez Boryczew do świętej Bogarodzicy Pirogoszczej. Kraje się radują, miasta weselą.            
Odśpiewawszy pieśń starym książętom, [trzeba] z kolei młodym śpiewać: Sława Igorowi Światosławowiczowi, buj-turowi Wszewołodowi, Włodzimierzowi Igorowiczowi! Niech żyją książęta i drużyna, walczący za chrześcijan z wojskami pohańcow! Sława książętom a drużynie [cześć]. Amen.[1]





[1] „Słowo o wyprawie Igora” XII w., tłum. A. Obrębska-Jabłońska i Z.Fedecki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz