piątek, 25 kwietnia 2014

SoGomora i Gomora czyli o religijności chłopskiej w przeszłości


Jak wierzyć politycznie poprawnym mediom, cały naród zastygł w oczekiwaniu na Największe Wydarzenie Polskiego Tysiąclecia, czyli na kanonizację. Osobiście nie wiemy, skąd środki przekazu czerpią takie informacje, kogo bowiem nie spytać na ulicy, to nikt nie okazuje tak pożądanego zapału. Dlatego też władza pospieszyła z pomocą obywatelom i rozpoczęła akcję reedukacyjną, której apogeum będziemy mogli zaobserwować już jutro. Natomiast w środowiskach wolnomyślicielskich i mniejszości religijnych jutrzejsza uroczystość nie wzbudza żaru, czasem nawet przeciwnie: zgorszenie. Dla nas oczywiście hasło "tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem..." straciło swą aktualność i dlatego już od dawna spoczywa w historycznym lamusie. Polska nie zawsze była katolicka, chrzest bowiem niewiele zmienił. Ludzie byli zmuszani do tej ceremonii - to fakt, lecz zaraz potem wracali do swego dawnego, rodzimego trybu życia, niewiele dbając o chrześcijańskie bóstwa. Jak zatem wyglądał stosunek ludności chłopskiej w I Rzeczpospolitej do narzuconej religii, ukazuje poniższy fragment opracowania profesora Zbigniewa Kuchowicza. 


Jeśli chodzi o masy ludowe, to przez długi czas ulegały wywodzącym się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich wzorom. Wierzyły oczywiście w chrześcijańskiego Boga, lecz jego postać i moc przesłaniały liczne demony, diabły, zmory, które były bliższe i bardziej zrozumiałe ich mentalności niż np. pojęcie Trójcy Świętej. (z ignorancji chłopstwa w sprawach teologicznych kpił m.in. Wacław Potocki) Uznając inne niż chrześcijańskie wzory kultury długo nieufnie, a często nawet lekceważąco odnosiły się do narzuconych przez Kościół norm, m.in. w zakresie poszanowania mienia bliźniego, etyki seksualnej. Postawy zależały zresztą od wielu uwarunkowań, bywały tereny i środowiska bardziej schrystianizowane, gorliwie obserwujące praktyki religijne, najczęściej skatolicyzowane, dlatego nienawidzące, a nawet zwalczające „lutrów” i innych „heretyków”. Bywały jednak także indyferentne, wykazujące zaskakującą opie­szałość w wykonywaniu praktyk religijnych, obojętnie też spoglądające na walące się krzyże i figury, cenzurujące życie i obyczaje kleru. Gene­ralnie ujmując, wieś i miasteczko nie zostały wtedy jeszcze tak silnie poddane wpływom Kościoła, jak miało to miejsce w XIX-XX w. Dopiero w baroku stworzono formy przymusu społecznego, co akcentują także historycy orientacji katolickiej, skłaniające do praktykowania i postępo­wania zgodnie z dekalogiem. Przymus ten następował oczywiście ze strony Kościoła, także szlachty, widzącej w ureligijnieniu poddanych m.in. gwarancję bezpieczeństwa, spokoju społecznego. Panowie, ustanawiając przepisy dla ludu, nakazali też pod groźbą kar uczęszczanie na nabożeń­stwa, wypełnianie innych praktyk, uczestniczenie w reperacji kościołów czy porządkowaniu cmentarzy. Naciski takie występują tak w pierwszej, jak i drugiej części baroku. Jeszcze w jednej z ustaw wiejskich z 1692 r. zamiesz­czono np. artykuł O spowiedzi wielkanocnej. Czytamy w nim: ,,Powinni też będą każdy około Wielkanocy grzechów swoich spowiedź uczynić i znak abo kartkę według obrządku wszystkich parafii oddać i Najś. Sakrament Ciała i Krwi Jezusowej od własnego plebana przyjąć, pod winą wosku funtów 5 na kościół”.
Przez większą część epoki masy ludowe słabo znały zasady wiary, także podstawowe obrządki i modły, co stwierdzają liczne źródła. Pewien pleban z okolic Kalisza informuje w sprawozdaniu z 1720 r.: „Nastawszy do kościoła godzeńskiego, zastałem ludzi tak bezbożnych jak w Sodomie i Gomorze, vix się ta wieś z nimi nie zapadła. Nie spowiadali się po lat dziesięciu, dwudziestu. O pacierzu trudno było pytać i o przykazaniu boskim, bo go nie umieli.” M. Historyk katolicki M. Synowiec stwierdza, że w diecezji przemyskiej jeszcze w połowie XVIII w. biskup Sierakowski podczas wizytacji spotykał „wielu starców z prostego ludu, którzy nie umieli Ojcze Nasz, Zdrowaś, Wierze, lub błędnie je wymawiali, albo też  nie znali podstawowych prawd wiary.”
Wręcz kiepsko sprawy te przedstawiały się wśród włóczęgów, tzw. ludzi gościńca. Większość od biedy umiała pacierz, ale rzadko kiedy znała przykazania. W protokołach przesłuchań najczęściej zamieszczano formułę: „Boże przykazania za księdzem mawiał, ale go nie umie”. Bohdan Baranowski stwierdza, że znacznie lepiej przedstawiała się pośród nich znajomość sfer piekielnych. „O Lucyferze, diabłach, chowańcach, Łysej Górze posia­dano najczęściej dość szerokie wiadomości”
Słabe schrystianizowanie powodowało, że ogół ludności chłopskiej za­chowywał się w kościołach różnie, często obojętnie, zupełnie inaczej niż w XIX-XX w. Na podstawie różnych przekazów możemy sądzić, iż wielekroć, a może nawet przeważnie, nie wykazywał ani głębszego przejęcia, zaangażowania uczuciowego, ani też nie okazywał większego poszanowania dla uświęconego miejsca. Pewien pleban z początku XVIII w. oburza się na swych parafian: „U nich w tej estymie kościół co karczma [...] ich często uczę i na głos wołam, aby chłop przyszedłszy do kościoła adorację uczynił coram venerabili - nie uczyni tego, ale prosto idzie do ławy, zasiądzie i dyszkuruje jak w karczmie”. Stefan Garczyński pisze znów, że polscy chłopi, jeżeli przyjdą do kościoła, to „jako kamienne statuy stoją i gębę rozdziawiwszy na celebrującego patrzą księdza”. W swej korespondencji nadmieniał, że do kościołów przychodzą „kobiety brudnymi płachtami okryte, jak monstra”, a księża nie zwracają „na ubiór czy schludność wiernych żadnej uwagi.” Zachowań takich nie można generalizować, spotykamy się i z przejęciem, zaangażowaniem, niemniej bardziej chłodny stosunek do tych spraw jest niewątpliwy.
Na tym tle mniej już dziwi fakt, iż często okradano kościoły, zabierano ukryte w nich depozyty, rabowano wota. Zdarzało się, że chłopki nie krępowały się nosić na sobie ozdób, które zdobiły poprzednio święte obrazy! (Chodziło przede wszystkim o korale i srebrne pierścienie.)
W sporadycznych wypadkach świadomie profanowano obrazy religijne. Kitowicz informuje, że w 1751 r. jakiś człowiek poprzerzynał po twarzach i ręku obrazy u dominikanów i u karmelitek w kościele w Lublinie.
Sytuacja uległa zmianie dopiero u schyłku baroku. Szerokie i intensywne oddziaływanie Kościoła, m.in. prowadzenie misji, które docierały nawet na zapadłe wsie, przyczyniło się do ureligijnienia mas. Kościół starał się też zbliżyć do mentalności ludu przez najbardziej realistyczne, swojskie przedstawianie tradycji religijnej. Sceny biblijne i ewangeliczne aktualizowano przez wprowadzanie do nich postaci chłopów, pasterzy, Żydów, Cyganów, Turków. Betlejem leżało gdzieś w Polsce, Jezus urodził się w chłopskiej zagrodzie, hołd nieśli mu swojscy pastuszkowie, składali mu takie specjały, jak np. pieczoną wątrobę, koguty, gomółki sera. W ten sposób umiejętnie unaradawiano kult i spajano go z kultu ludu. Znawca tych zagadnień, Janusz Tazbir, pisze: ,,Scenom z życia Chrystusa, postaciom z jasełek i szopek nadawano koloryt lokalny, oparty przeważnie na folklorze [...]. Poddany mógł się modlić do własnego patrona rolnika z Madrytu św. Izydora, ubieranego zależnie od okolicy w strój góralski, krakowski lub mazurski. Chłop widział w postaci Chrystusa Frasobliwego z jednej strony Boga, który wędrując po świecie zatrzymał się w Polsce i rozmyśla nad niedolą miejscowego ludu, z drugiej zaś samego siebie, a więc wieśniaka będącego dzięki ciężkiej pracy, pokorze i modlitwie na najlepszej drodze do pośmiertelnego triumfu nad krzywdzicielami.” Także postacie Matki Boskiej, Jezusa i świętych przedstawiano jak naj­bardziej swojsko. Noszone podczas procesji posągi Madonny przybrane były według obowiązujących reguł mieszczańskiej mody. Miała ona na sobie m.in. podbity futerkiem płaszczyk, warkocze, bransolety, „chędogie” trzewiczki.
Świadczy to o wzajemnym oddziaływaniu: religia dążyła do urobienia środowiska społecznego według swego wzoru, środowisko z kolei wyciska własne piętno na religii. Jak zauważył Czarnowski, wprowadza do niej ,,obce jej pierwiastki wierzeniowe i obrzędowe, łączy jej praktykę z war­tościami społecznymi nic nie mającymi z nią wspólnego.” W tym tez czasie ukształtowała się religijność mas, której wzory obowiązują niemal do dziś, niesłychanie uboga z punktu widzenia doktrynalnego, rozróżniająca wyznania tylko według cech rytualnych, cechująca się zaś kolosalnym przywiązaniem do obrzędów, form; wiarą w opiekę świętych.



prof. Zbigniew Kuchowicz
"Człowiek polskiego baroku"
Łódź 1992 r.






materiał zamieszczony pro publico bono – w celach poznawczych i edukacyjnych

4 komentarze:

  1. Bardzo dobra analiza. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe czy w tamtych czasach zdarzały się jeszcze przypadki pogan lub ludzi nieochrzczonych. Czy miały miejsce rodzimowiercze obrzędy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. temat ciekawy, do tej pory nie analizowany w nauce.

      Usuń
  3. Po dziś dzień powszechnie obchodzone są rodzimowiercze obrzędy, tylko na skutek działalności kościoła, opisanej powyżej, a zwanej inkulturacją, udało się mu wyplenić świadomość,że są to obrzędy rodzimowiercze. Przykłady można by mnożyć, ja podam najpowszechniejsze: palenie świec w dzień wszystkich świętych, dzielenie się opłatkiem, choinka i światełka na niej, miejsce dla przy wigilijnym stole, mak,święcenie pokarmów, palmy, pisanki na wielkanoc, śmigus, topienie Marzanny, odpukiwanie w niemalowane drewno, itp. Nie udało się tego wyplenić z nas przez 1000 lat indoktrynacji, choć jak widać z pytania nie wiemy, co czynimy, ani dlaczego. Mam nadzieję, że rozjaśniłam nieco

    OdpowiedzUsuń