czwartek, 13 lutego 2014

Zapomniane źródła VIII - życiorys własny słowiańskiego wodza


Pouczenie Włodzimierza Monomacha jest zwyczajowo włączane do Powieści minionych lat, choć dzieli je od kroniki i osoba autora i cel napisania i krąg odbiorców. Powieść mnicha Nestora ma przekazać historię, wielkość i smutę Rusi Kijowskiej i jest dedykowana najszerszemu gronu czytelników. Pouczenie napisał zaś Włodzimierz Monomach – książę Rusi (1113-1125), słowiański wódz i myśliciel, a spisał je dla swych synów, tak jak dyktowało to serce. Dokument to w najwyższym stopniu osobisty, źródło wręcz bezcenne dla poznania umysłowości tamtej epoki, charakteru Słowianina Wschodu (a może nie tylko Wschodu?), wreszcie rozumnego władcy, rzutkiego dowódcy, ale też zwykłego człowieka, który pragnął przeżyć godnie swoje życie w ciężkich czasach. 
W samym tekście licznie występują cytaty z literatury chrześcijańskiej, które jako nas tu nie interesujące, pomijamy. Natomiast kwestią nieustającej naukowej debaty jest, czy wartości, jakie książę pragnie przekazać swym synom mają swe źródło w tradycji kościelnej, czy też wywodzą się z rodzimej kultury społecznej. Jakby nie było, całość jest jedynym zabytkiem pozwalającym na poznanie duszy słowiańskiego wodza, a także jego rozrywek, pochodów wojennych oraz myśli. 

Pouczenie Włodzimierza Monomacha


Piszę to ja, człowiek w wieku podeszłym, schorowany, przez dziada swego błogosławionej pamięci sławnego Jarosława nazwany na chrzcie Wasylem, ruskie natomiast imię noszący Włodzimierza, syn umiłowany przez ojca mojego i matkę z rodu Monomachów. […] 

Kiedyś spotkali mnie nad Wołgą wysłańcy moich dwóch braci stryjecznych i powiadają: „Przybądź szybko do nas, a wygonimy Rościsławiczów i odbierzemy im włości; jeśli zaś z nami nie pójdziesz, to nie będzie między nami zgody - my będziemy osobno, a ty sam też osobno”. Wtedy im odpowiedziałem: „Chociaż będziecie na mnie gniewni, nie pójdę z wami, nie chcę bowiem złamać przysięgi, którą całując krzyż złożyłem.”[…] 

Nade wszystko zaś nie zapominajcie o ubogich, żywiąc ich wedle sił swoich i możliwości, miejcie też staranie o sieroty i opiekujcie się wdowami, nie pozwalając, aby ktoś silny czy możny krzywdził jakiegokolwiek człowieka. Nie pozbawiajcie życia ni człowieka prawego, ni występnego, nie każcie też zabijać go innym; jeśliby nawet zasłużył na śmierć, nie skazujcie na zatracenie żadnej duszy chrześcijańskiej. […] 

Starszych szanować trzeba jak ojca, a młodszych - jak braci swoich. W domu własnym nie sądźcie leniwi, wszystkiego sami doglądajcie, na wszystko sami miejcie baczenie. Nie zdawajcie się ni na zarządcę, ni na sługę, aby nie narazić na pośmiewisko u tych, którzy was odwiedzają, ani domu całego, ani poczęstunku. 

Kiedy ruszacie na wojnę, nie polegajcie tylko, w swej opieszałości, na dowódcach, nie folgujcie sobie wówczas ni w jedzeniu, ni w piciu, ni w wywczasie i spaniu, jeno sami wyznaczajcie warty, nocą wszystkiego osobiście doglądnąwszy; kładźcie się też blisko swoich wojowników, a rano – wcześnie wstawajcie. Zbroi też z siebie w pośpiechu nie ściągajcie, nie rozglądnąwszy się wprzód należycie, niespodziewanie bowiem, nagle na człowieka zguba nachodzi. 

Unikaj kłamstwa, pijaństwa i rozpusty, bo od tego pochodzi zatrata i duszy, i ciała. Dokądkolwiek zaś wyprawiasz się w drogę, to po swojej ziemi; nie pozwól czynić szkody ani sługom swoim, ani obcym, zarówno w domostwach jak i w zasiewach, aby ludzie was nie przeklinali. Czy dokądś idziecie, czy gdzieś się zatrzymujecie, wszędzie tam nakarmcie i napójcie potrzebującego, a nade wszystko zaś baczcie, aby należycie przyjąć gościa, skądkolwiek by do was przybył i kimkolwiek by był: prostakiem, kimś znacznym czy może posłem; jeśli nie możecie go obdarować czymś stosownym, to przynajmniej poczęstujcie go jadłem i piciem: owi bowiem przybysze i wędrowcy rozsławią człowieka po wszelkiej krainie jako dobrego albo jako złego. Chorego macie odwiedzać, umarłego odprowadzać na miejsce wiecznego spoczynku, bo wszyscy jesteśmy śmiertelni. Nie mijajcie człowieka, nie pozdrowiwszy go i nie powiedziawszy mu dobrego słowa. Miłujcie żony swoje, ale nie dawajcie im władzy nad sobą. […] 

Jeślibyście mieli coś z tego zapomnieć, często to pisanie moje odczytujcie: i ja nie będę się musiał za was wstydzić, i wam to korzyść przyniesie. Co już dobrego sobie przyswoiliście, tego nie zapominajcie, a czego nie umiecie, tego się uczyć trzeba; tak właśnie mój ojciec, nie ruszając się z domu poznał pięć języków,[1] co przyniosło mu sławę w innych krajach. Lenistwo jest matką wszystkiego złego: co kto już umie, to zapomni, czego nie wie - tego się nie nauczy. Będąc ludźmi cnotliwymi, nie ociągajcie się w czynieniu dobra, zwłaszcza w sprawach religijnych, aby nie zastawał was wschód słońca w łożu. Tak właśnie postępował mój błogosławionej pamięci ojciec oraz wszyscy inni godni czci mężowie. 

A teraz opowiem wam moje dzieci, o pracach swoich, o tym jak trudziłem się odbywając dalekie wyprawy i sprawiając łowy, począwszy od lat trzynastu. Najpierw poszedłem do Rostowa przez ziemie Wiatyczów, bo tam posłał mnie mój ojciec, który sam wyprawił się był na Kursk; następnie znowu, raz jeszcze, chodziłem do Smoleńska, razem ze Stawkiem Gordiatyczem, który z kolei udał się z Iziasławem do Brześcia, mnie zaś odesłał do Smoleńska, skąd wyprawiłem się do Włodzimierza . Jeszcze tej samej zimy bracia wysłali mnie do Brześcia na pogorzelisko, jakie zostawili po sobie Lachowie, i władałem tym grodem zniszczonym. Następnie chodziłem do Perejasławia do Włodzimierza, aby w Sutejsku zawrzeć pokój z Lachami, stamtąd zaś znowu na lato do Włodzimierza. 

Z kolei posłał mnie Światosław do Lachów; chodziłem za Głogów aż do Lasu Czeskiego i przebywałem w ich ziemi aż przez cztery miesiące. W tym samym roku urodził mi się syn najstarszy, nowogrodzki. Stamtąd wyprawiłem się do Turowa, a na wiosnę do Perejasławia i z powrotem do Turowa. Kiedy Światosław umarł, znowu wyruszyłem do Smoleńska, stamtąd zaś, jeszcze tej samej zimy, do Nowogrodu; wiosną - Glebowi na pomoc. Latem z ojcem pod Połock; na następną zimę, ze Światopełkiem, także pod Połock, i spaliliśmy go do szczętu. On poszedł do Nowogrodu, ja, z Połowcami, na wojnę przeciw 

Odreskowi, potem do Czernihowa. I znowu przyszedłem ze Smoleńska do ojca do Czernihowa. Przybył tam Oleg z Włodzimierza, ja zaś zaprosiłem go z ojcem w Czernihowie do siebie na ucztę w Krasnym Dworze; dałem wtedy ojcu trzysta grzywien złota. 

I znowu przybywszy ze Smoleńska, w walce musiałem przebijać się przez wojska połowieckie do Perejasławia, gdzie zastałem ojca, który wrócił właśnie z wyprawy. Następnie chodziliśmy w tym samym roku znowu z ojcem oraz z Iziasławem pod Czernihów walczyć z Borysem, i pokonaliśmy Borysa i Olega. I znowu poszliśmy do Perejasławia i staliśmy w Obrowie. [...] 

I znowu po śmierci ojca, za Światopełka, biliśmy sie nad Stugną z Połowcami aż do wieczora, [...] a potem zawarliśmy pokój z Tugorkanem oraz z innymi władcami połockimi. Następnie Oleg najechał wraz z całą ziemią połowiecką na mnie w Czernihowie; drużyna moja walczyła z nim przez osiem dni o mały wał i nie pozwoliła mu wedrzeć się do ostrogu. Żal mi się zrobiło dusz chrześcijańskich oraz wsi palących się i klasztorów, rzekłem przeto: ,,Niech się nie radują poganie. Oddałem więc bratu ojca jego miejsce, sam zaś poszedłem na miejsce ojcowe do Perejasławia. Wyszliśmy z Czernihowa w dzień świętego Borysa i jechaliśmy przez pułki połowieckie - około stu ludzi, z dziećmi i żonami. A Połowcy stojący przy przewozie i na wzgórzach oblizywali się tylko, patrząc na nas niczym wilki, Bóg jednak i święty Borys nie dali nas im na pożarcie, bezpiecznie więc dotarliśmy do Perejasławia. W Perejasławiu siedziałem z drużyną przez trzy lata i trzy zimy i nacierpieliśmy się tam niemało od wojny i głodu. 
Wyprawialiśmy się też stamtąd przeciwko ich wojownikom aż za Rymów, a Bóg nam błogosławił, bośmy jednych pozabijali a innych pojmali. […] 

Z Czernihowa do Kijowa jeździłem do ojca ze sto razy, pokonując drogę w jeden dzień, do wieczornego nabożeństwa. Wszystkich zaś wypraw było osiemdziesiąt, poza tym trzy wielkie, pomniejszych zaś nawet nie zliczę, po prostu już nie pamiętam. Z połowieckimi książętami zawierałem pokój dwadzieścia razy bez jednego, a to zarówno przy ojcu jeszcze, jak i już bez niego, przy czym rozdałem wielką ilość bydła oraz przyodziewku własnego. I wyzwoliłem z okowów kilku przedniejszych książąt połowieckich, a także znaczniejszych ich naczelników i dowódców około stu. Pozwalał mi również Bóg dostawać w swoje ręce żywymi rożnych książąt i władców oraz innych dzielnych rycerzy; tych przyprowadziwszy zgładziłem i powrzucałem do rzeczki Salni. Osobno także uśmierciłem blisko dwustu spośród ich przednich mężów. 

Trudziłem się też niemało, sprawując łowy, dopókim siedział w Czernihowie, a także potem, kiedym z niego już się wyniósł; aż do tego roku potrafiłem po sto sztuk nawet zagarniać i chwytać bez trudu, nie licząc tego, co łowiłem pod Turowem z ojcem jeszcze, polując na wszelaką zwierzynę. A oto, co wyczyniać potrafiłem w Czernihowie: żywe dzikie konie własnymi rękami związywałem po dziesięć i po dwadzieścia, a prócz tego, rozjeżdżając po równinnym pustkowiu, własnoręcznie łowiłem także konie dzikie. Zdarzyło się, że wzięły mnie na rogi i rzucały wraz z koniem dwa tury, że bódł mnie jeleń, a także dwa łosie: jeden deptał racicami, drugi zaś tłukł mnie rogami. Kiedyś dziki wieprz urwał mi miecz wiszący na biodrze, a niedźwiedź odgryzł mi potnik[2] przy kolanie, raz też zwierz dziki skoczył mi na plecy i powalił wraz z koniem, ale i wtedy Bóg mnie uchronił i zachował cało. Waliłem się też wiele razy z konia, rozbijałem dwukrotnie głowę, łamałem nieraz ręce i nogi, zwłaszcza nie oszczędzałem siew młodości, kiedym to nie cenił swojego życia i chętnie nadstawiał głowy. 

Co miał zrobić mój sługa, wolałem raczej zrobić sam - zarówno na wojnie jak i na łowach, w dzień i w nocy, w skwarze i chłodzie nie folgowałem sobie, nie pobłażałem. Nie zdawałem się na swoich zarządzających czy dowódców, sam robiłem wszystko co trzeba było, cały porządek we własnym domu też ustanawiałem i sprawowałem. Sam też pilnowałem ustalonego porządku w sprawach łowieckich, dawałem baczenie na stajennych, troszcząc się o konie, doglądałem sokołów i jastrzębi. 

Starałem się także nie dać nikomu, nawet z możnych, skrzywdzić zwykłego smerda czy ubogiej wdowy, sam też miałem wgląd w cerkiewny porządek i tok nabożeństw. […] 

Nie lękajcie się zwłaszcza, dzieci moje, śmierci czy to na wojnie, czy na łowach, lecz odważnie wypełniajcie swoją męską powinność, skoro taka będzie wobec was wola Boża. Skorom ja sam uchronił się i zachował przy życiu na wojnie, w czasie łowów, w wodzie czy zwalając się z konia, to i każdy z was nie poniesie żadnego szwanku ani nie zginie, jeśli Bóg na to nie pozwoli. A jeśli już śmierć od Boga będzie pisana, to nikt was przed nią nie uchroni: ani ojciec, ani matka, ani brat czy siostra; chociaż bowiem dobrą jest rzeczą i pożyteczną, że każdy troska się o samego siebie, Boża troska i staranie o nas są o wiele lepsze i skuteczniejsze niż człowiecze.[3]




[1] Komentatorzy tego miejsca uważają, iż ojciec Włodzimierza, książę Wsiewołod, uchodzący w oczach ludzi z obcych krajów za poliglotę, mógł wśród owych „pięciu języków” znać, poza własnym, ruskim, przede wszystkim mowę swej żony, grekę, następnie języki ludów sąsiednich, z którymi Ruś utrzymywała bezpośrednie ożywione kontakty, czyli połowiecki, skandynawski, węgierski, może także oba języki „europejskie”, a więc łacinę lub niemiecki.
[2] Potnik — podkład, płachta, najczęściej wojłokowa lub lniana, kładziona na grzbiet konia pod siodło, aby uchronić zwierzę przed odparzeniami.
[3] Pouczemie Włodzimierza Monomacha, XI/XII w., tłum. R.Łużny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz