sobota, 21 grudnia 2013

W Szczodre Gody mrok umyka...

Ta jedna noc, najdłuższa, najbardziej uparta tkwi zawieszona jeszcze miedzy jednym a drugim bezludziem... Ona ściele się po borach i żalich kopczykach smolnymi wymiocinami czerni.. Uczepiwszy się wszystkiego, co zielone, w błękicie zatarte a pożarte w jej okowach zniewolenia. I wysysa soki ożywcze i człapie po bagniskach z ukorzenionych olch. Dusi jasność, która nieśmiało wychyla się zza poszarpanych chmur.



Wieje zimnym wiatrem. Ścina mrozem po kupalnych łąkach. W pełnej krasie miesiąca, podczas wilczego wycia gdzieś w matecznikach puszcz odartych z prawiecznych tajemnic. Nieopodal wykrociej gontyny i cieni z ludzkich postaci wyczekujących na znak. Dęby milczą, stękają z bólu, który zalega w dziuplastej chorobie wiekowych mądrości. Trwają nadal i chronią mówione szepty z tamtych odległych czasów.

Na Szczodre Gody ta noc płoży się przed nami i łasi. Zataja swoje prawdziwe oblicze zmory, aby tylko przedłużyć swoje panowanie. Szkaradna wiedźma z opuchniętymi od nabrzmiałości zropiałych krost. Wycieka z nich śluz. Truje glebę. Wsiąka w uśpione łany traw, oplecione pajęczymi rytami wysiłku. Na mszarach wśród cherlawej brzeziny siedzi puszczyk i wykręca się głową. Nawet on obawia się tej paskudy. Pohukuje dla odwagi...

Nagle ktoś rozpala ognisko. Kilkanaście postaci zbiera się wokoło niego i stoi w skupieniu. Trzaskają drwa, iskry młodych jęzorów ulatują w górę. Swąd niedopalanego dymu z powodu wilgoci podpałki gryzie zebranym oczy. Rozpoczyna się tryzna-pamiątka za zmarłe dusze. Żywi ogrzewają dusze zmarłym, oddają im szacunek. Lecz nade wszystko chcą wspomóc słońce w walce z siłami ciemności. Cieszą się na myśl, że odgoni ono płachty nieprzeniknionych stworów nocy. Oszroniony las staje się z wolna bielszy, jakby narodziny nowego dnia połykały niewielkie strzępy łachmanów z brudnej staruchy.  Świta, zwierzęce ślady na murawach zimowego milczenia ożywają. Dosłownie słychać jak łosie z jeleniami brodzą w błotnistej brei. Z ich pysków bucha zsiwiała para ciepłego oddechu. Ziemia drży.
Nad dachem leśnego sanktuarium wstaje Swarożycowy władca. Ociepla ostatnie zakamarki puszczańskiej krainy. Mrok umyka wstydliwą żałością własnej pychy. Pod pnie zmurszałych drzew, w głębia żmijowej niewiedzy. Ludzkie głosy z cicha wydają radosne potakiwania. Poklepują się wzajemnie, świadomi chwili i narodzonej na nowo nadziei. Przyjdą ciepłe dni, nastąpi początek dobrej przepowiedni. Wróżby powinny się sprawdzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz