czwartek, 29 sierpnia 2013

Pismo Słowian, czyli jak pisali niepiśmienni chłopi cz. I


Problem pisma Słowian – tzn. istnienia lub nie tzw. run słowiańskich rozpala namiętności od przeszło wieku. Szeregi zwolenników, jak i przeciwników hipotezy o istnieniu słowiańskiego pisma nie topnieją, dlatego postanowiliśmy na naszych łamach przybliżyć Czytelnikom i ten temat. Stąd decyzja, by sięgnąć po autorytet nie byle jaki, bo prof. Kazimierza Moszyńskiego. Pieczołowicie zebrał i skomentował on wszelkie przykłady zapisywania informacji, jakie obecne były w kulturze ludowej Słowian jeszcze za jego czasów. Dziś pora na pierwszą odsłonę tego fascynującego tematu.

"Pokrewne takim zacięciom są niezmiernie rozpowszechnione u Słowian karby, czyli zacięcia na drewnianych prętach, na laskach itp., symbolizujące liczby, co oddawały ilość zwierząt domowych, nabiału, ziarna, snopów..., wysokość podatku etc. Używano ich pospolicie na ogromnych obszarach Słowiańszczyzny i krajów pozasłowiańskich (w Europie oraz poza Europą). W takich wypadkach pręt, na którym wycięto znaki symbolizujące wysokość długu czy ilość wręczonych przedmiotów, rozcinano na dwie części i każdy z biorących udział w danej transakcji zabierał jedną z nich do siebie. Gdy nadchodziła chwila odbioru pożyczki względnie powierzonego materiału, wtedy obaj uczestnicy składali swe cząstki, jak to się mówi, do kupy, i sprawdziwszy ich zgodność, likwidowali umowę. Zwyczaj podobno był szeroko rozpowszechniony na południu i północy Słowiańszczyzny oraz na obszarach innych w Europie i w części Azji.




Co do znaków, którymi oddawano liczby przy karbowaniu, to, jak już I. Jagić zauważył, zdradzają one dość dużą rozmaitość w różnych krajach. Jednakowoż gdy sporządziłem sobie orientacyjną tabelę porównawczą, biorąc dane z dwudziestu kilku różnych stron południowych i północnych ziem słowiańskich, okazało się, że system najbardziej rozpowszechniony przedstawia się całkiem prosto i nie zdradza zbyt daleko idących odchyleń, sięgając - w obrębie Słowiańszczyzny - od Adriatyku przez wschodnie Karpaty aż po Ural (tu m.in. do niesłowiańskich Wotiaków). Według tego systemu jednostki od 1 do 4 oznaczono kreskami pionowymi; piątkę symbolizowała kreska ukośna (pochylona labo w lewo albo w prawo); liczby od 6 do 9 - znaki złożone z kreski skośnej i odpowiedniej ilości prostych[i]; liczbę 10 - znów znak prosty z kształcie X. Symbole dla 50 i 100 były nieco bardziej rozbieżne, ale bądź co bądź urabiono je z dziesiątki przez dodanie jeszcze jednej czy dwu kresek albo wycięć itp. W bardzo wielu stronach Bałkanów system ten o tyle uległ zmianie, że wszystkie znaki dla jednostek zwykłych symbolizują tam „jednostki dziesiątków” czyli- mówiąc krótko- dziesiątki; nie 2 lecz 20...; jedna kreska pochyła to nie 1 lecz 10; dwie kreski to nie 10 lecz 100 itd. W podobnych wypadkach jednostki od 1 do 4 poczęto oznaczać wyciętymi w drzewie punktami: piątkę - cieniutką (nieraz jak włos) kreską pionową, szóstkę - takąż kreską z jednym punktem etc.; pojawiły się też gdzieniegdzie cieniutkie kreski pochyłe w rozumieniu 25.
Karby zacinano czy zarzynano bądź na osobnych, specjalnie do tego celu przeznaczonych prętach, bądź też na zwykłych laskach używanych podręcznie przez mężczyzn, albo - czasem - na kołach od płotu, na ścianach itp., zaś u pasterzy wysokogórskich nawet na rękojeściach ogromnych łyżek potrzebnych przy gospodarce mlecznej. Dla większych czy dłuższych wykazów cyfrowych stosowano obok kijów także płaskie deszczułki względnie tabliczki zaopatrzone w rodzaj trzonka i podobne wtedy do cienkich  płaskich kijanek, z tym, że w płaskiej i krótkiej rękojeści był wydłubany otwór, umożliwiający zawieszenie tabelki na gwoździu czy kołku.
Ciekawe, że w zakresie karbowania Słowianie dość wydatnie zapożyczyli się pod względem terminologii u ludów sąsiednich. Tak więc pospolita na Bałkanach nazwa dla karbowanego pręta (bułg. ràboš, róbuš, serb.-chorw. râboš, róboš, słoweń. rovàš), znana także Słowakom (rovàš), Góralom polskim (rovas) i cząstce północno-zachodnich Małorusinów (hucul. ravàš, revàš) oraz Rumunom (raboj) i części południowych Niemców (Rabisch itp.) ma być podobno pochodzenia węgierskiego (rovás), a w każdym razie nie słowiańskiego, jak to sądzono dawniej.- Rodzimego początku jest co prawda jakoby na pewno wieloruska bìrka, posiadająca to samo znaczenie, co „rabosz”; ale tenże wyraz rozumie się jako ‘kostkę do gry’, a pierwotnym jego znaczeniem był na pewno ‘los; kijek z nacięciem używany podczas losowania, inaczej - żreb’ (cf. tu i st.-pol. bierka, birka, biera ‘los, kostka do gry’). Polskie znów słowa: (z a) zakarbować, karby itd. (stąd młrus. karbuvàty etc.), są co do genezy  niemieckie (porówn. nme. kerben, Kerbstock itp.). Mimo to wszystko nie może ulegać wątpliwości, ze karby znane były Słowianom już w pradobie; nazywali je oni tylko inaczej, niż dziś, stosując do nich z pewnością takie określniki jak rĕzъ, narĕzъ ‘nacięcie’, robъ, zarobъ ‘to samo’ itp., które zresztą w znacznej mierze i dziś nie wyszły z użycia u włościan (cf. np. bułg. rĕzka, răb, wkrus. naŕezka, zarubka etc).[ii]
Jak świadczą niektóre dane, karby służyły wieśniakom nie tylko do zapisywania liczb rachunkowych, lecz również do innego użytku i cechowano ponoć nimi czasem daty ważniejszych wydarzeń w rodzaju głodów, pożarów, pomorów itp.: wyjątkowo - nawet genealogie rodzin włościańskich. O. Kolberg opisuje w r. 1867 ze słynnych Płowiec na Kujawach starego pasterza wiejskiego, posiadającego laskę jabłonkową, sięgająca powyżej głowy, a na której właśnie zakarbowano „jakimiś hieroglifami” rodowody płowczan, nieurodzaje, pogorzele etc.; laska ta miała być zgoła „prawdziwą kroniką Płowiec”. Kiedy indziej znów karbują sobie wieśniacy - np. rzeczyccy Poleszucy - na osobnych kijkach czy laskach pomyślne i niepomyślne dnie w roku (na Polesiu czynią to podobno „tylko dlatego, aby wiedzieć, które dni przeważają”). Osobną „birką” posługiwano się na rzeczyckim Polesiu do notatek o deszczach wiosennych (majowych); drugą - do zapisywania deszczów w ciągu pierwszych tygodni lata (od św. Jana st. st. do św. Eliasza)[iii]; na innych znowu karbowano przebieg 40 przymrozków[iv] itd. Jak mi doniósł w liście z dnia 24 X 29 Cz. Pietkiewicz „oprócz jednakowych prostych kresek innych wyraźnych znaków, które by miały charakter powszechny, nie widać; odnosi się wrażenie, że każdy gospodarz tak dobrze zna swe kilka lub kilkanaście „birek”, jak doświadczony owczarz poznaje po pysku każda z kilkuset owiec, których pilnuje.  Każda „birka” musi mu widocznie - poza kreskami - jeszcze coś mówić, czego nam nie powie. Zresztą prócz kresek można przecież  na niej zauważyć to jakiś sęczek, bądź ścięty równo z powierzchnią, bądź nieco wystający, to znów jakąś szramę przypadkową albo zrobioną umyślnie, to takie lub inne ścięcia u obu końców... Są to szczegóły czysto indywidualne, w które Poleszuk samorzutnie nikogo nie wtajemnicza”. Widzimy zatem, że w danym wypadku „birki” mają znaczenie ściśle indywidualnych pomocy mnemotechnicznych.
P. Pežemskij z Irkutska na Syberii umieścił w r. 1852 w jednym z rosyjskich czasopism[v] następujący, bardzo tu dla nas ciekawy urywek. „Przejeżdżając z Jakutska do Irkutska- pisze on- zaszedłem przygodnie do chłopskiej chałupy w jednej ze wsi nad Leną i zobaczyłem tam na stole cienki, obrobiony pręt drzewa długości ok. ¾ arsz.[vi], grubości na werszek[vii], o kwadratowym przekroju. W pierwszej chwili wziąłem to za arszyn... czy też za znane chłopskie birki, które ciągle jeszcze służą wieśniakom przez wzgląd na brak oświaty zamiast ksiąg rachunkowych. Jednakowoż omyliłem się. Na pręcie były powycinane nie proste kreski i nie krzyżyki zastępujące cyfry, lecz znaki zupełnie odmiennego rodzaju podobnie do hieroglifów. Wpatrując się uważniej w te tajemnicze znaki dostrzegłem m. in. prostacki wizerunek jeźdźca na koniu, a później - sochy. Jako rdzenny Sybirak znałem... chłopskich świętych najbardziej czczonych przez wieś; dlatego nie trudno mi się było domyślić, że jeździec na koniu to był Jegorij  chrabryj[viii], a socha wyobrażała Jeremeja  zapŕagalnika[ix]



Znalazłszy w ten sposób klucz do tego hieroglificznego kalendarza, zauważyłem na koniec podział na miesiące i dnie, wszystkie prawie święta doroczne i dnie niektórych świętych... Nie ograniczając się jednak mymi własnymi oględzinami..., zapytałem gospodarza, co to jest za przedmiot. „Rodimyj[x]! - odrzekł - to są nasze domowe svatcý[xi]! Myśmy - ludzie nie piśmienni, ale z tego coś nie coś rozumiemy! To, batuška[xii], nasze svatcý dziedziczne, dostaliśmy ich od dziada... Dziadowie to nasi, rodymyj, nosili ze sobą w ostępy (leśne), kiedy wprawiali się tam na czas dłuży, by polować na wiewiórkę i innego zwierza. Byli oni przecie pobożni, więc w lesie nie chcieli zapomnieć o jakim wielkim świecie, by nie pracować tego dnia i nie rozgniewać Boga na siebie...” Požemskij chciał nabyć ten jedyny w swoim rodzaju zabytek jako bardzo rzadki już w owych czasach przedmiot, ale nie oddano mu go i pozwolono tylko sporządzić rysunek.
Gdy w dwadzieścia lat później podobnymi kalendarzami zajęła się bliżej nauka rosyjska w osobie V. Sreznevskiego, autora książki „Sĕvernyj rĕznoj kalendaŕ”, należały już one po wsiach niemal że do białych kruków. W każdym razie jednak pewną ich ilość, bardzo co prawda niewielką, udało się ocalić od zupełnej zagłady i bądź zachować w muzeach czy zbiorach prywatnych, bądź też przynajmniej opisać.



Pręty kalendarzowe niewątpliwie istniały także w Polsce. Znany etnograf Kurpiów p. A. Chętnik mówił mi, że we wsi Laski (gm. Gawrychy pow. Kolno) jeszcze przed wielką wojną znajdował się „kalendarz na kiju”; ludność miała się tam ponoć schodzić z różnych siół, aby się dowiedzieć, kiedy przypada jakie święto. Zabytek ten zaginął dopiero podczas wojny. Ze wsi Sitaniec pod Zamościem w Lubelskiem otrzymałem przed kilku laty wiadomość, wedle jakiej ostatni kalendarz-laska istniał tam w r. 1878. Dawniej bywały one jakoby używane powszechnie i sporządzano je podobno „prawie w każdym domu” (czemu jednak nie daję wiary). Znalazł się nawet  w Sitańcu 74 - letni starzec, obdarzony doskonałą pamięcią, który, opierając się na tym, co widział i o czym mu opowiadano, sporządził model obchodzącego nas przedmiotu. Trudno jest dziś powiedzieć, w jakim stopniu ten model zasługuje na zaufanie: że jednak posiada orientująca wartość, to nie podobna wątpić. Starzec wykonał go w ciągu krótkiego czasu, ale niegdyś miano przygotowywać sobie takie kalendarze przez cały rok, znacząc dzień za dniem kreskami, zostawiając na „niedzielę” szerszy odstęp i przecinając ją dla lepszego wyróżnienia dodatkową kreską ukośną, koniec zaś miesiąca znacząc punktem lub gwiazdką, a na koniec kwartału- dwoma punktami lub gwiazdkami. Oprócz tego zaznaczano tez dni stałych świąt (na modelu ich brak). Dla szybszego orientowania się „niedziele” (tzn. kreski niedzielne) zabarwiano, jak głosi wieść, na zielono barwnikiem sporządzonym z młodego zielonego żyta lub owsa, a „miesiące” kolorowano na rudo barwnikiem z cebuli zaparzonej wrzątkiem. Z drugiego końca rdzennej Polski, ze wsi Glinki w gminie Ujsoły (pow. Żywiec) w Karpatach, inny, również 74 - letni starzec podał, iż według opowiadania jego ojca, co żył 86 lat, dawnymi czasy ludzie z jego sioła nie bardzo wiedzieli, kiedy i jakie przypadają święta, bo do kościoła mięli nader daleko. Dlatego ksiądz wprowadził taki zwyczaj: „każdemu kumotrowi, który był z dzieckiem do chrztu, dawał kij, a na nim sam poznaczył święta. U góry był Nowy Rok; Zwiastowanie Matki Boskiej miało znak XXV itd.”[xiii]
Całkiem swoisty typ przedstawia uderzający drewniany kalendarz ze zbiorów ks. Londzina w Muzeum Cieszyńskim na Śląsku. Ma on kształt listwy szerokiej - na oko- ok. 5-6 cm, długiej ok. 60 cm Na powierzchni tej listwy znajduje się 13 kółek, wyobrażających 13 miesięcy; wnętrze każdego z nich jest przekreślone dwiema liniami na krzyż, przecinającymi się pod prostym kątem; dzięki temu obwody kół są podzielone na 4 równe części; 6 krótkich kresek, zaznaczonych po wewnętrznej stronie każdej ćwiartki obwodu, symbolizuje 6 dni; w każdym punkcie przecięcia się ramienia krzyża z obwodem jest punkt - „niedziela”. Osobnymi znaki zamarkowano święta, a na marginesach listwy poza miesięcznymi kołami są prymitywne wizerunki ludzi, zwierząt, kos itp. Analogii dla tego wyjątkowego zabytku nie znam dotychczas zupełnie: proweniecji jego nie znam również; dokładniejszy jego opis wymagałby lepszej znajomości przedmiotu od tej, jaką w swoim czasie zdobyłem w ciągu krótkiego pobytu w Cieszynie. Zaznaczę więc, jeszcze tylko, że wykonawca omawianego tu kalendarza miał być niepiśmienny, dotknięty wadą wymowy i od 7 roku życia głuchy (!); wykonanie obiektu sprawia wrażenie dość tandetne; koła są określone czerwono, a znaki wyciskane ołówkiem czarnym.
Bez porównania lepiej niż z Polski poświadczony jest drewniany kalendarz z Bałkanów, aczkolwiek i tam bynajmniej nie występował licznie. Z Bułgarii pierwszy opisał obchodzący nas zabytek S. Argirov w r. 1896; po nim dał dwa przyczynki D. Marinov. 



Obiekty przez nich poświadczone pochodziły głównie czy nawet wyłącznie z środkowo-południowej części kraju (z okolic miast Stara-Zagora, Čirpan, Chaskovo i - zdaje się - Plovdiv). Długość kalendarza, ogłoszonego przez Argirova a nadesłanego do zbiorów w mieście Plovdiv z miejscowości zwanej T.-Sejmen, wynosi 1,315 m; kształt jest podobny do podanego prze Marinova; znaki są dość proste; wizerunków ludzi itp. - brak. Zupełnie ten sam mn. w. charakter mają tu należące nieliczne zabytki znalezione w okolicach Kjustendilu w zachodniej Bułgarii, w okolicach Samokova w Tracji wschodniej oraz w niektórych stronach Jugosławii: naprzód w Bośni, a później na dalmackiej wyspie Olib. Kalendarz z wyspy Olib jest to czerwonograniasty niezbyt długi pręt (74 cm) o przekroju ok. 4 cm; na każdej grani ma nacięcia obejmujące trzymiesięczny okres. Używali go zwłaszcza pasterze, gdy zapuszczali się z bydłem na czas dłuższy w oddalone od wsi okolice pasterskie (cf. z tym wyżej, gdzie mowa o wielkoruskich, syberyjskich myśliwych).
Nie ulega wątpliwości, że ta postać, w jakiej kijowaty czy laskowaty kalendarz dochował się sporadycznie śród włościan słowiańskich - a chyba z pewnością nie był on nigdy pospolity po wsiach - jest w zupełności zależna od form kalendarzy, używanych niegdyś przez warstwy wyższe i mających punkt wyjścia w dawnym Kościele chrześcijańskim. 


Oprócz Słowian hołdowały zwyczajowi posługiwania się kalendarzami na kijach także inne ludy na południowym wschodzie (np. Albańczycy, Gagauzi), północnym wschodzie (w Azji, np. Jakuci etc., i w Europie, np. Czuwasi, Zyrianie, Lapończycy, Finowie, Estowie), północy (Skandynawowie) i zachodzie (Anglicy). Jakiś kijowaty kalendarz został zawleczony  na wyspę Annobom u brzegów środkowo-zachodniej Afryki, gdzie się przyjął u miejscowej ludności dla celów związanych z kultem (katolickiego obrządku): inny zaś przedmiot pokrewny, bliżej mi jednak nie znany, znaleziono na Nikobarach u wybrzeży południowo-wschodniej Azji. W Szwecji używano takich przyrządów do wieku XVII i zebrano ich tam ostatnimi czasy sporą ilość; do znakowania ich stosowano w północnej Europie m.in. run (stąd mówimy o północnych  drewnianych kalendarzach runicznych); najstarszy zabytek tego rodzaju datuje się z wieku XII. Zwykłą formą tych drewnianych kalendarzy był i w Skandynawii czworo- czy sześciograniasty pręt; ale obok niej trafiały się też kalendarze ryte czy wycinane na kilku drewnianych płytkach, złączonych ze sobą w ten sposób, ze dawały się rozsuwać wachlarzowato. Również u tubylców i Rosjan w Syberii oraz w Rosji europejskiej napotykamy- obok pospolitszych kalendarzy kijowatych i mniej lub więcej graniasto-cygarowatych, tzn. z zwężających się ku obu końcom- takie lub inne płytkowate. Z Polski natomiast ani z Bałkanów tych ostatnich form dotychczas nie znam, wyjąwszy Słowenię, gdzie jednak znaleziono podobne zabytki nie w rękach włościan ( i gdzie były one - dodajmy nawiasem - stosowane do końca wieku XVIII). Płytkowate kalendarze były tez w obiegu śród Francuzów i Niemców (zwłaszcza południowych), od których to ostatnich przyszły do Słowenii.).
Dla nas jako zajmujących się kulturą ludową wszystkie powyższe przedmioty mają o tyle mniejsze znaczenie, że, jak już napomknięto, na pewno nie są ludowej genezy, ani też nie można ich uważać za powstałe bardzo dawno.
W tym związku warto by jednak zadać sobie pytanie, czy śród zabytków podobnych - bodajby egzotycznych - nie ma jakich „kalendarzy”, które by demonstrowały wcześniejsze stadia rozwojowe od poznanych dotychczas, to znaczy - takie stadia, co mogły istnieć, dajmy na to, m.in. również śród pogańskich Słowian, zanim przyjęli chrześcijaństwo i wraz z nimi (choć oczywiście niekoniecznie równocześnie) kalendarze typu jak na fig. 396-99. Niestety brak mi dotychczas wiadomości w tej mierze (Autor pisał te słowa przed II wojną, wykopaliska powojenne dostarczyły nowego materiału, jak choćby birki z Opola - Odo). 



Mogę więc li tylko wskazać bardzo od nas oddalony w sensie geograficznym, swoisty „kalendarz” Bataków, opisany w r. 1913 przez J. Winklera. Służył on nie do precyzyjnego orientowania się w długich okresach czasu - co Batakom przed przybyciem do nich Europejczyków było równie obce, jak zapewne i dawnym nie cywilizowanym Słowianom-, lecz dla wykrywania czy raczej definiowania szczęśliwych i nieszczęśliwych dni. Dodajmy wreszcie, ze według dość niejasnej notatki H. Rosenthal obserwował w północnej Rosji „ściany chat pokryte znakami wskazującymi przemijające dni”.   

Prof. Kazimierz Moszyński
„Kultura ludowa Słowian”
Warszawa 1967


materiał zamieszczony pro publico bono – w celach poznawczych i edukacyjnych




[i] Niekiedy - np. w zachodniej Chorwacji - kreska skośna zlewała się z prostą, która sama też stawała się ukośną w odwrotnym kierunku; wtedy 6 upodobniało się do Λ, tj. do (odwróconej) rzymskiej piątki; 7 miało takiż kształt, uzupełniony przez dodanie jeszcze jednej kreski, równoległej do jednego z jego boków itd.
[ii] Co do stosunków dawnych ob. Ciszewski 1. c. S. 131.
[iii] Te dwa okresy mają szczególnie wielkie znaczenie w gospodarce wiejskiej. W ciągu pierwszego z nich deszcze są bardzo pożądane; w ciągu drugiego- odwrotnie- łatwo mogą się stać klęską dla rolnika.
[iv] Aby wiedzieć, kiedy nastąpi ostatni, i będzie można bez obawy siać w ogrodach to wszystko, co jest wrażliwe na silny spadek ciepła.
[v] „Selskij derevjannyj kalendaŕ”. Moskvitjanin, r. 1852 I 2, dział VII (ob. V. Srezenevskij, Sěvernyj rěznoj kalendaŕ, r. 1874, s. 45).
[vi] Tzn. ok. 0,5 m.
[vii] Wereszek = 0,044 m (tj. niespełna 4,5 cm).
[viii] Inaczej Jegórij - l ’enìva - sochà albo Jegórij  vèšnij - św. Jezry, 23 kwietnie st. St. (K. M.).
[ix] Dzień proroka Jeremiasza „zaprzężnika” jest to 1 maj st. st. = początek orki (K  M.)
[x] Dosłownie: ‘rodzony krewny’- zwyczajowy zwrot w rozmowie, stosowany do osoby, z którą się mówi.
[xi] Dosłownie: ‘święci’, tu ‘kalendarz’ (poza tym ‘książka cerkiewna, książka z modlitwami kościelnymi itp.; kalendarz liturgiczny’).
[xii] Dosłow. ‘ojczulku’- zwyczajowy zwrot j. W. (ob. odn. 1).
[xiii] Zapisała w lipcu 1933 mgr J. Klimaszewska.


11 komentarzy:

  1. Systemem kreskowym moj ojciec zapisywal ilosc workow ze zbozem ,odbieranym od mlocarni,podobnie przy mieleniu i siewie.Prosty system i skuteczny,przy zajetych rekach,bez potrzeby papieru,potem na koniec tygodnia dane przenosil tata do zeszytu i w ten sposob znal stan w magazynie.

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo ciekawe, dzieki !

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze przeczytałam - 13 miesięcy a nie 12/ ;0

    OdpowiedzUsuń
  4. tak jest - 13. wbrew pozorom dość często się to zdarza w wielu kulturach. ów jeden miesiąc zazwyczaj obejmuje dni przestępne - by wyrównać różnicę powstałą między niedokładnością ludziej miary czasu i obiegiem słońca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Tu chyba nie chodzi o dni przestępne czy lukę. Policzmy.
      - 13 miesięcy zaznaczonych kołami
      - każdy miesiąc podzielony na cztery (rodzaj tygodni)
      - każda z ćwiartek (tydzień) ma sześć znaków dziennych plus niedziela w miejscu gdzie promień przecina się z obwodem koła. Razem 7.
      13 msc. x 4 tyg. x 7 dni = 364 dni.

      Niedokładność kalendarza była niezauważalna w ciągu krótkiego życia ówczesnego człowieka.
      W ciągu 40 lat ok. 20 dni. Jeśli przyjąć, że kalendarz zaprowadzano w dorosłym życiu to ówczesne 25 - 20 lat dorosłości dawało niedokładność ok 10 dni.
      Może jakoś to korygowano co jakiś czas.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Witam, mama wrażenie że kwestia starożytnego pisma naszych wielkich praojców dawno została rozwiązana: głagolica
    https://bialczynski.wordpress.com/2011/05/26/winicjusz-kossakowski-glagolica-ideologiczne-klamstwo-sprzed-tysiaca-lat/

    Ponadto proszę zapoznać się z wielkim dorobkiem naukowym Ignacego Pietraszewskiego:
    https://bialczynski.wordpress.com/2012/05/05/ignacy-pietraszewski-1796-1869-i-jego-zendawesta-zen-daszta-straznik-wiary-slowian-iv-sssss-wilno/

    dostępna w Bibliotece Cyfrowej Uniwersytetu Jagiellońskiego: http://jbc.bj.uj.edu.pl/dlibra/docmetadata?id=268798.
    Przyznaję, ze po tej lekturze to było jak rażenie gromem - Perun przemówił!!!!
    A tak poważnie, kurtyna kłamstwa opada, nie zeszliśmy z drzew w 966!!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. 13 miesiecy bo tyle cyklow ma ksiezyc w ciagu roku. Cykl ksiezyca trwa 28 dni. Wiec tyle miał kiedys miesiac. A tych miesiecy 13.

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajny pomysł z tymi deseczkami i nacięciami. Jak wprowadzi się odpowiedni wzór to nie sposób tego podrobić tylko oryginał będzie pasował. No oczywiście pod warunkiem, że drewno nie zamoknie i się nie wykabłęczy ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Może ktoś tu zajrzy...
    W odnośniku jest wszystko o runach, czytajcie i przezujcie dalej!
    https://bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/runy-slowianskie-pismo/winicjusz-kossakowski-polskie-runy-przemowily-wydanie-internetowe-poprawione-czesc-1/

    OdpowiedzUsuń