wtorek, 30 lipca 2013

Pospieszmy się nim umrze


Jaka mowa dominuje na polskim Śląsku? Wiadomo, że ślůnsko godka, która jest powszechna na Górnym jak i części Opolskiego. Jednak nie o niej chcę tu mówić, gdyż kwestia etnolektu śląskiego, istnienia odrębnego języka śląskiego czy też dialektu zajmuje ostatnio sporo miejsca w prasie, a tymczasem jest jeszcze jeden śląski. Mam na myśli dialekt dolnośląski języka polskiego. Wbrew obiegowej opinii nie wymarł on dawno temu, przeciwnie zachował się i dopiero dziś powoli zanika, głównie za sprawą kultury masowej, owych wszystkich mazowieckich zwrotów albo pseudopolskich neologizmów jak „menedżing”, „sales-reprezentatywny” czy innych językowych potworków.

Górnośląski vs. Dolnośląski


Jeśli chodzi o historię, to dialekt dolnośląski powstał z mowy śląskich plemion prapolskich zajmujących obszar pomiędzy rzeką Bóbr na zachodzie, Sudetami na południu a okolicami Zielonej Góry na północy. Granica wschodnia jest trudna do prześledzenia, gdyż łagodnie przechodził on w etnolekt górnośląski.

Brenno
Problematyczną kwestią jest też, czy w owym czasie można mówić o jednej śląskiej grupie językowej, która w ciągu wieków podzieliła się na dwa odrębne zespoły: górnośląski i dolnośląski, czy też ów podział istaniał od najdawniejszych czasów. Atoli są to sprawy dotyczące klasyfikacji, zajmujące głównie wąskie grona specjalistów. Dla nas jest ważne, że już u progu nowożytności można mówić o oddzielnej mowie górnośląskiej i dolnośląskiej. I choć obecnie powszechniejszy jest górnośląski, wszystko początkowo wskazywało, że rywalizację wygra dolnośląski.

Dolnośląski językiem literatów


Zamek w Namysłowie
On to bowiem wraz z wynalazkiem druku wkracza na karty dziejów, a liczba książek, broszur czy ulotek zdecydowanie przewyższa te wydawane przez górnośląskich pobratymców. Po części dzieje się tak za sprawą reformacji, która położyła nacisk na religijność wyrażaną nie po łacinie, ale w języku ludowym. Dolny Śląsk szybko zatem stał się ewangelicki, a wiele wybitnych śląskich osobistości tego ruchu uznawało się za Polaków i wydawało książki po polsku, które następnie były kolportowane (drogą przez Królewiec) na terenach I Rzeczpospolitej. W taki sposób Dolnoślązacy nie tylko kultywowali kulturę polską, ale w aktywny sposób brali udział  w jej życiu, gdyż kolportaż druków szedł i w drugą stronę: z Polski na Dolny Śląsk.

Eksport polskiej kultury


Studnia na zamku w Namysłowie
Wiek XVII jest u nas zwyczajowo traktowany jako wiek srebrny, szary refleks złotego renesansu. I choć ogólny poziom kulturalny obniżył się, zwłaszcza po "Potopie" szwedzkim (1655-60), to był to zarazem okres największego eksportu naszej kultury na kraje ościenne: Cesarstwo Niemieckie, Carstwo Rosyjskie, Sułtanat Turecki, Wołoszczyznę. W owym czasie język polski był traktowany w obrocie handlowym w Europie Środkowej jako lingua franca – zatem spełniał tą samą rolę co współcześnie angielski – był językiem szeroko wykorzystywanym do kontaktów międzynarodowych. Pierwsze próby literackie czy to w Rumunii, czy w Rosji były podejmowane właśnie w naszym języku, który dostarczał wszelkich potrzebnych elementów: słownictwa, frazeologii, miar poetyckich i form literackich. Podobnie oddziaływał on na tereny wschodnie Cesarstwa Niemieckiego, w tym również na Śląsk. W owym czasie wśród niemieckiej elity umysłowej „wypadało” być Polakiem, czyli jak to pojmowano, człowiekiem wykształconym. Najwięksi twórcy niemieccy z tego okresu nazywani ojcami nowożytnej literatury niemieckiej podkreślali swe związki z Polską mimo, iż albo dlatego, że pochodzili z Dolnego Śląska. Martin Opitz, Anioł Ślązak, Andreas Gryphius uznawali się za Polaków (fakt ten jest obecnie często pomijany za Odrą) i czerpali pełną garścią z naszej kultury, by podźwignąć z upadku kulturę niemiecką. Zatem promieniowanie polskiej kultury, upadek kultury niemieckiej, ewangelicyzm, a także wpływ kulturalny i polityczny wchodzącego w skład Cesarstwa Niemieckiego Królestwa Czeskiego (podobnie jak na Łużycach) skutecznie hamował germanizację, pozwalał na zachowanie rodzimości, słowiańskości tych ziem.

Zbliża się katastrofa


Zamek w Namysłowie
Na osłabienie żywiołu polskiego na tych terenach miały wpływ trzy wydarzenia: kolonizacja niemiecka począwszy od XIII wieku, wojna trzydziestoletnia (1618-1648) wreszcie polityka pruska od połowy XVIII w. Na kolonizację niemiecką w XIII wieku niegdyś znacznie przewartościowaną dziś nauka patrzy w sposób znacznie bardziej wyważony. Jej zdobycze były połowiczne: ani na wsiach, ani w miastach śląskich język niemiecki nie zdobył decydującej przewagi. Prawdziwą katastrofą okazała się wojna trzydziestoletnia, która objęła całe Cesarstwo Niemieckie. Przyjmuje się, że na terenie Dolnego Śląska starty ludności wyniosły 33%, a na terenach podwrocławskich nawet 66%. W efekcie, aby zaludnić ową demograficzną pustynię rozpoczęto intensywną akcję osadniczą, głównie ludności z głębi Niemiec. Ale chyba najpoważniejszy okres podkopywania polskości wiąże się z opanowaniem ziem śląskich przez Królestwo Pruskie w latach 1740-1763. Na chwilę przedtem, za panowania obu Sasów na tronie polskim (1697-1763) powoli powstawał plan odzyskania tych terenów, tak by Rzeczpospolita i Saksonia uzyskały wspólne granice. Cóż z tego, gdy w kraju panowała anarchia, a szlachta bardziej była zainteresowana bezskutecznym ujarzmianiem Ukrainy, niż narodowymi mrzonkami.

Laboratorium starego Fryca


Zatem Prusy uzyskują na cesarzu niemieckim Śląsk, a królowie pruscy opracowują program będący zapowiedzią późniejszego nazizmu. „Jedno państwo, jeden język, jedna wiara” ogłosił Fryderyk Wielki (1740-1786), co oznaczało, że nadchodzi dla Dolnoślązaków okres odgórnie sterowanej germanizacji. Przy okazji Johann Wolfgang  Goethe (1749-1832) nim określił się jako bezpaństwowiec i miłośnik całej ludzkości, przygotowywał na zamówienie władców w Królewcu plany germanizacji terenów ślaskich, zresztą nie tylko tych ziem, ale też i kolejnych, zagarniętych w wyniku rozbiorów I Rzeczpospolitej.
Ratusz w Rawiczu
Na Śląsku nastaje okres terroru etnicznego, wynaradawiania, wykupywania ziem od dolnośląskich gospodarzy i osadzania na nich niemieckich właścicieli, więc to wszystko, czego doświadczała Wielkopolska w okresie "Kulturkampfu", było testowane na śląskich ziemiach już sto lat wcześniej. Spora część polskiego uświadomionego narodowo elementu porzuca swe odwieczne ziemie i chroni się na terenie osłabionego Królestwa Polskiego, względnie na terenach leżących w bezpośredniej bliskości – na linii Namysłów-Milicz. Jeszcze w XIX wieku we Wrocławiu język polski – mowa dolnośląska – była powszechna, a wsie gęsto obsadzone przez rodzimą ludność, o czym pisał Jerzy Samuel Bandtkie (1768-1835), z pochodzenia Niemiec, ale szczery Polak.


Bajka o braterstwie Polsko-Niemieckim


Ale brutalną maszynę pruskiego absolutyzmu wprawiono w ruch i germanizacja postępowała. Obecnie modne jest u nas kolportowanie pięknych bajek, jak to Polacy i Niemcy żyli wspólnie na Śląsku, stanowiąc „jeden naród”. To oczywiście tylko gawęda osób, które przysypiały na lekcjach historii, gdyż fakty są nieubłagane: zamykanie polskich szkół, likwidacja wszelkich parafii i stowarzyszeń, gdzie używano języka polskiego, zakaz prowadzenia handlu z osobami mówiącymi po polsku, wymóg stosowania tylko niemieckiego w urzędach, wysiedlenia, branki do wojska, grzywny za publiczne używanie polszczyny i kontrybucje na oporne miejscowości. Taka była rzeczywistość na Śląsku od połowy XVIII wieku aż po rok 1945. Jaka była intencja władz niemieckich najlepiej ukazuje dekret Fryderyka Wielkiego z 1764 roku, zatem z samego początku pruskiego panowania: 
Zamek w Bierutowie, gdzie żył i pracował Anioł Ślązak
„(...) Ponieważ usilnie pragniemy, aby w tych okolicach i miejscowościach, gdzie poddani władają tylko językiem polskim, język niemiecki coraz więcej się rozpowszechniał, wobec czego polskim proboszczom polecono w przeciągu roku w języku niemieckim się wydoskonalić, ponieważ polscy nauczyciele mają być usunięci, a ich posady objąć ludzie, którzy rozumieją po niemiecku i po polsku i młodzież w języku niemieckim uczyć (...)”
I tu wypada się zastanowić nad nieustępliwością Dolnoślązaków. Bo choć od połowy XVIII wieku poddawani byli systematycznej germanizacji, choć administracja pruska dokonywała cudów, by rozwodnić polski żywioł w statystykach, na chwilę przed wybuchem II wojny światowej, w 1939 roku przeszło 60.000 osób na Dolnym Śląsku określiło się w spisie demograficznym jako Polacy, nie napływowi (ci nie byli z reguły brani pod uwagę w niemieckich wykazach), ale rodowici, z dziada-pradziada dziedzice tych ziem. Zakończenie I wojny, odrodzenie państwa polskiego nie wpłynęło specjalnie na zmianę położenia Dolnoślązaków, wyjąwszy działalność Związku Polaków w Niemczech, a w 1933 roku rozpoczął się brunatny terror kierowany przez führera narodu niemieckiego. Ale i wyzwolenie w 1945 roku było dla wielu gorzką lekcją, często posądzani o odszczepieństwo, kolaborację, Dolnoślązacy musieli udowadniać swoją od wieków bronioną polskość i słowiańskość. Wszystko to wpłynęło na stopniowy upadek i zanik dolnośląskiej mowy, tak iż dziś w naszym kraju tylko nieliczne enklawy zachowały ów pradawny dialekt. Spotkać go można, gdy w swej wędrówce trafimy do Chwalimia w województwie lubuskim, Rawicza i okolicznych wsi, Brenna i Wijewa w byłym województwie leszczyńskim, gdy będziemy zwiedzać zagubione wsie w okolicach Namysłowa i Sycowa. Tym bardziej więc powinniśmy doświadczyć owej mowy nim całkiem wyginie, zwłaszcza, że nastał okres wakacji…

Ojczysta mowo, narodu skarbnico!


Wiatrak w Brennie
A jak wygląda dolnośląska mowa? Jest mazurząca, zawiera znacznie więcej cech wspólnych z językiem czeskim niż etnolekt górnośląski, ponadto cechuje się niezwykle archaicznym i skomplikowanym systemem samogłoskowym, występują w niej pochylenia, dyftongi i wtórne samogłoski nosowe powstałe z połączeń samogłosek i spógłosek nosowych w wygłosie... Ale chyba najlepiej ukaże dolnośląską mowę oficjalny hejnał piastowskiego miasta Wrocławia. Jest to pieśń zapisana w 1864 roku w Sycowie, którą tam śpiewano jeszcze w 1950 roku! Fakt, iż wrocławianie wybrali akurat tą pieśń na hymn swego grodu ma wymiar symboliczny. Dziś tu wróciliśmy, dziś tu straż trzymamy, a stary Fryc przewraca się w grobie!



We Wrocławiu na rynecku stojóm wojocy,
són tam łóni postrojyni wszyscy jednacy.
Són tam łóni rozmajici rycerze i junocy,
szykujóm sie na wojynka we dnie i w nocy.

Hej cisawy mój kónicek bandzie bandzie r-zoł,
a tobie moja dziewcyno bandzie, bandzie zol.
Nie jedź, nie jedź Jasinku, da nie jedź na wojynka,
bo na wojnie życie znojne i niyspokojne.

Cekoj na mnie, moja Kasiu, cekoj przy moście,
pośla ci jo krasne piórko rybką na poccie;
Łoj niejedna rybecka już pod mostym przesła,
nie widziałam, zeby któro piórecko niesła.



A tak wygląda folklor dolnośląski w wykonaniu zespołu Warzęgowianie.







4 komentarze:

  1. Pół królestwa i czapka śliwek za lepszą kopię czegokolwiek mówionego, lub czytelnie śpiewanego "dolnośląskiego".

    ...a blog ląduje w moich ulubionych zakładkach. Trafiłem tutaj via facebook, w którym koleżanka z listy moich znajomych "podrzuciła" link.
    Pozdrawiam pięknie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wbrew pozorom takich nagrań jest całkiem sporo, tyle, że wszystkie poza netem.
    Pozdrawiamy i my :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Wiadomo, że ślůnsko godka(...)" nie ślunsko, a ślonsko godka ;) "ślunsko" godają ino gorole ;p

    OdpowiedzUsuń