poniedziałek, 27 maja 2013

Ogień w kulturze ludowej Słowian


[...] C. Pietkiewiczowi, autorowi Polesia rzeczyckiego, zawdzięczamy wiadomość dającą jaskrawy obraz (jednej zresztą strony) tego, o czym przed chwilą była mowa. Mam tu na myśli ostatnie chwile chłopa ze wsi Karczewa, zwanego Akułą, słynnego niegdyś cieśli na całą okolicę Chojnik na rzeczyckim Polesiu. Konający starzec leżał w swej chacie; był późny wieczór i w kącie, gdzie spoczywał, panował półmrok. W pewnej chwili, na kilka godzin przed śmiercią, starzec wydobył krzesiwo i począł krzesać, pomimo że ręce odmawiały mu posłuszeństwa. Widząc to, jeden z obecnych zapalił łuczywo od zwykłego ognia, rozniecanego już w tych czasach zapałkami, i przyniósł starcowi. Ten jednak rzekł: „Ne tréba mńe vášaho ahńù na toj śvet; ja chòču pabàčyć astànńi raz bóžy ahóń z śvatói skàłki” (Nie potrzeba mi waszego ognia na tamten świat; ja chcę zobaczyć ostatni raz boży ogień ze świętego krzemienia). Niezadługo później, przez wgląd na wyraźną w tej mierze prośbę Akuły, włożono mu odwiecznym zwyczajem kamień, krzesiwo, oraz hubkę do trumny i pochowano je wraz z ciałem.

Oczywiście ten jeden promyk, jaki w naszych oczach padł dzięki słowom konającego czciciela ognia – bo niewątpliwie chyba Akuła w pewniej mierze zasługuje na to miano – w głąb duszy chłopskiej i nieco rozświetlił mroki jej ustosunkowania się do „świętego” żywiołu, jest zbyt nikły, aby można było na nim gruntować poważniejsze wnioski. Należy go więc wzmocnić i znacznie poszerzyć. W tym celu skorzystamy przede wszystkim z pism wspomnianego już wyżej Nikiforowskiego i zobaczymy, jak się na Białorusi odbywa codzienne wieczorne rozpalanie ognia.
            
„Nie trzeba przypominać – podpowiada ten autor – że w miarę zapadania i zgęszczania się zmierzchu zakrada się zwykle do duszy pewna, nie pozwalająca na zdanie sobie z niej sprawy, posępność, która zaczyna się rozpraszać dopiero wtedy, gdy błyśnie pierwsze światło... Kto pod tę porę bywał w chacie, ten mógł zauważyć, że wraz ze zmierzchem zamilkają rozmowy rodzinne, przerywa się dziecinne zabawy czy hałasy i chatę zalega martwa cisza, o ile się nie odzywa jaki gryzoń lub świerszcz. Nikt jednakże o tej porze nie śpi, nawet nie drzemie; każdy po prostu trwa w położeniu, w jakim go zaskoczył zmierzch. Dziwny, szczególny spokój! Nie jest to zaś spokój jednej jakiejś rodziny ani też jednego sioła, lecz ogólny wiejski... I znowuż rzecz niepojęta: przerywa się go jak gdyby według poprzedniego porozumienia; po 5-10 minutach w całej wsi błyskają drobne światła”. Odbywa się zaś to w każdej chacie w sposób mniej więcej następujący: gospodarz lub też na jego rozkaz – co jednak rzadziej zachodzi inna  osoba  dorosła należąca do rodziny (zwykle – mężczyzna; nigdy – kobieta w stanie nieczystym, tzn. w okresie periodu lub w ciągu 40 dni po porodzie, ani też w ogóle osoba skalana występkiem), zbliża się do ukrytego na ognisku pod popiołem żaru dwa węgielki, przykłada do nich przygotowane zawczasu trzaski i pożegnawszy to wszystko, mówi: Bože, błysłavi (tzn. Boże, pobłogosław); następnie dmucha, starając się nie wskrzesić ognia wcześniej, jak dopiero za trzecim dmuchnięciem. Gdy wreszcie płomyk się pokaże i dobrze obejmie trzaski, wtedy rozniecający żegna się znakiem krzyża i wraz z nim żegnają się wszyscy obecni, dotychczas milcząco wpatrzeni w to, co się działo.

Jakież – można by zapytać – znaczenie może mieć to żegnanie się wszystkich osób po dokonanym roznieceniu ognia, gdy żywy płomień już się ukazał i oświetlił mrok? Nie ma ono w tym wypadku na pewno na widoku bezpośredniej ochrony od złego, do którego to celu bywa często stosowane; nie chodzi tez o wzmocnienie za jego pomocą jakowegoś zabiegu. Ma ono tu niezawodnie tę sama wartość, jaka posiada wtedy, gdy się je wykonywa wobec Boga i świętych. Nie potrzebuje wysilać się na dowodzenie takiego wyjaśnienia. Sam lud dostatecznie potwierdza. „Ogień – powiada Białorusin i Ukrainiec – trzeba szanować tak jak Boga” i jakby na dowód tego uczy swe dzieci bogiem go nazwać. Jeszcze zupełnie niedawno w całej bodaj Polsce, gdzie panował zupełnie do opisanego podobny zwyczaj żegnania się przy wieczornym zapalaniu światła, ten, kto zapalał, żegnając się witał światło słowami: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”[i]. W niektórych okolicach wypowiadano podobne pozdrowienia także przy rozpalaniu ognia na nalepie; w innych odzywano się nawet wprost: Niech będzie pochwalone światło albo – święty ogień. Zmieszanie „świętego ognia” z Chrystusem zaszło tu niewątpliwie tym łatwiej, że w symbolice kościelnej ogień (światło) właśnie Chrystusa oznacza (co, mówiąc nawiasem, wywołało dość niezwykłe zwrotki w kolędach w rodzaju tej na przykład: „A to nam dziwne, że Pan, ogniem bywszy, na sianie leżał, siana nie spaliwszy”[ii]).

Oczywiście jednak cześć okazywana ogniowi przez żegnanie się w chwili, gdy on zajaśnieje, oraz przez witanie go jednym z najwznioślejszych chrześcijańskich pozdrowień, czy tez pozdrowieniem  wzorowanym na poprzednim, nie stąd się bynajmniej wywodzi, że ogień zbliżono z Chrystusem. Właśnie przeciwnie, jak z bezwzględną pewnością stwierdzają dane etnografii porównawczej , wrodzony ludowi głęboki szacunek dla ognie, przekazany przez pogańskich przodków, spowodował łatwe zastosowanie doń chrześcijańskich oznak czci. Więcej nawet, w niektórych wypadkach, kiedy zapłonięciu ognia towarzyszy szczególnie podniosły nastrój, napięcie religijnego uczucia jest tak znaczne, że na ustach świadków pojawia się... chrześcijańska modlitwa. Gdy huculscy pasterze wypędzają latem po raz pierwszy stada na połoniny i sporządziwszy szałas, a w nim ognisko, zamierzają rozpalić pierwszy ogień, wtedy odbywają go bardzo uroczyście za pomocą tarcia; otóż jak świadczy I. Hołowaćki, niegdyś tarto w podobnym wypadku wielki kawałek drewna o spróchniały pień, kiedy zaś błysnął płomyk, wszyscy obecni z watahem na czele, żegnali się trzykrotnie, padali na kolana i głośno odmawiali „Ojcze nasz” oraz inne modlitwy.

Nie zwiodą nas tu chrześcijańskie pozory kultu, jak nie zwiodły znakomitego badacza ruskiego M. Sumcowa, któremu zawdzięczam powyższą wiadomość, powtórzoną za Hołowaćkim[iii]. Rozumiemy, że ”Ojcze nasz” mogło mieć dla owych półdzikich pasterzy, w tak uroczysty sposób witających ogień, swoją „chrześcijańską” wartość. Z drugiej jednak strony rozumiemy do gruntu, że w modlitwie znalazło się całkiem naturalne i łatwe ujście religijnej – w naszych oczach „pogańskiej” – czci, wezbrane dzięki pojawieniu się żywego ognia przed oczyma wyczekujących. Że była to modlitwa chrześcijańska i przy tym wyraźnie zwrócona do Boga Ojca – to są to szczegóły drugorzędne; ludowi daleko jest do konsekwencji w postępkach, a jeszcze dalej do krytycznego segregowania swych przeżyć na „pogańskie” i „chrześcijańskie”. Skoro zachodzi wewnętrzna potrzeba modlitwy, człowiek się modli, mniejsza zaś już o to, do kogo będą się zwracały słowa tej modlitwy. Bywają wszak modły pozbawione wszelkiego zgoła sensu i wiemy, że takie właśnie cieszą się nieraz szczególnym wzięciem.

Na Białorusi i Ukrainie ogień często bywa tytułowany bogaczem lub podobnie (błrs. bahàč, ukr. bohàč, bahàtťa; ostatni wyraz stosuje się m.in. do wielkich ogni dorocznych, w szczególności do świętojańskiego). W Ihumeńskiem, gdy kto z mieszkańców chaty, prosi go: „Święty bogaczu, połóż się spać, jest was dwunastu braci, brońcie nas” itd. (Svatýj bahàč, łažyśa spać etc.) Jeśli nazwa bogacz jest bardzo dawna, może znaczeniowo nawiązywać do szczęścia, dobrej doli, bo taki był pierwotny sens wyrazów bogъ, bogatъm, jeśli zaś – co jest prawdopodobniejsze – wynikła późno, natenczas wiąże się z bogactwem. Za ostatnim tłumaczeniem przemawia m.in. modlitwa, wygłaszana w Żywieckiem do tylko co rozpalonego ognia: „Ogieńku  święty, skarbicku  boży, nie dejże nas nigdy zubożyć”.

Nader ważny moment „strachu przed ogniem”, powodujący pogłębienie i – jeśli tak rzec wolno – szczególne spoważnienie czci tego żywiołu (por. kult pioruna) zdradza nam sam lud najwyraźniej, tłumacząc go jednocześnie całkiem jasno i niedwuznacznie. Tak np. w zbiorach materiałów P. P. Czubińskiego (t. 1, 1872) znajdujemy m.in.  notatkę powtarzająca słowa wieśniaków z powiatu lityńskiego nad górnym Bohem na Podolu: „My – powiada tamtejszy lud – šanujem ohoń jak Boha; vin naš dorohyj hisť. Vin  jak rozserdytśa i vizme, to duhomu vže toho ne dasť” (My szanujemy ogień jak Boga; on jest naszym drogim gościem. Gdy się rozgniewa i zabierze [tzn. spali], to już tego drugiemu nie da). Można by sądzić, że przyznanie się do głębokiej czci względem ognia zostało tu uzupełnione wzmianka o pożarze całkiem przypadkowo. Ale jakże dobitnie zaprzeczą takiemu przypuszczeniu proste słowa wieśniaczki ze środkowego Polesia, wypowiedziane nieomal jednym tchem na moje pytanie o stosunek wieśniaków do ognia: „Jehó tréba šanovàci tak ŭśo raŭnó jak Bóha.  U nas ohńà šanŭjuć, bo on móže zapalić” (Trzeba go szanować całkiem jak Boga. U nasz szanują ogień, bo on może zapalić [tzn. wzniecić pożar]). W świetle tego powiedzenia przypadek w pierwszym przykładzie jest wykluczony; rzecz staje się w ogóle do gruntu jasna: cześć dla ognia niewątpliwie w bardzo znaczn6ym stopniu zasadza się na obawie pożaru i lud w zupełności zdaje sobie z tego sprawę. Tu również leży główny (choć bynajmniej nie wyłączny!) powód faktu, że szacunek okazywany ogniowi domowemu i ogniowi w osieci[iv] jest u Słowian i innych ludów bez porównania większy od tego, jakim cieszą ognie rozpalane po lasach i polach.

Trzeba też posłuchać, z jaka dobrotliwością i pokora zwraca się lud słowiański do ognia, gdy ten zapragnął sobie „pohulać” i z trzaskiem czy hukiem szybko pożera szczupłe mienie wieśniaka: „Ogieńku mój kochany, od Boga przysyłany...” – zaczyna wtedy swą modlitwę –zamawianie kobieta Rusinka; „Witaj nam gościu w czerwonym płaszczyku…”– wtórują jej chłopi polscy. Prawda – dobrotliwe traktowanie jest to na ogół dość zwykły sposób zjednywania sobie przez lud groźnych potęg; ale tu, gdy chłop stoi twarzą w twarz wobec krzywdzącej go klęski pożaru, takie postępowanie staje się szczególnie wymowne: może służyć jako najpiękniejszy przykład dla wszystkich innych do niego podobnych.

Wobec obawy pożaru nic dziwnego, że wieśniacy, obchodząc się z ogniem, troskliwie przestrzegali szczegółowo od wieków wypracowanego rytuału; od niedawna nic nie mogło być w tym zmienione. Pospolite i wszędzie obowiązujące zakazy znieważania ognia przez plucie nań, oddawanie moczu, zalewanie pomyjami itp., spotkany w niektórych krajach zakaz stawania doń tyłem, umieszczanie na noc obok ognia (żaru) wody w garnuszku, aby, jeśli taka będzie jego wola, mógł się „oczyścić”, ochłodzić kąpielą lub też ugasić pragnienie, ustalony sposób niecenia, a po części nawet gaszenia – wszystko to naruszone być nie mogło pod grozą kary. Niegdyś obowiązywały u Słowian jeszcze inne, uciążliwsze nakazy. W związku z tym mianowicie, że ogień niewątpliwie pojmowano jako istotę żywą, którą można było skaleczyć lub urazić przez nieostrożne potrącenie, wystrzegano się wtykania w płomień czy żar przedmiotów ostrych, a nawet nieostrożnego posługiwania się zwykłymi kuchennymi przyborami. Nikłe ślady tych przepisów przetrwały w praktyce do ostatnich czasów u Słowian bałkańskich; natomiast na północy pozostawiły wyraźną o sobie pamięć tylko w tradycji. Na zachodzie mianowicie i na wschodzie północnej Słowiańszczyzny (a także u Estów etc.) pokolenie za pokoleniem powtarza całkiem nieraz poważnie braną opowieść, według której ognie z różnych domostw, rozmawiając ze sobą, żalą się niekiedy na złe z nimi obejście. Otóż w pewnych odmiankach tego opowiadania krzywdzony ogień skarży się m.in. na potłuczeniu mu pogrzebaczem głowy czy tez głowy i ramion. Że nie mamy tu przed sobą owocu czczej  fantazji, lecz odbicie głębszego wierzenia, dowodzą stosunki panujące u wschodnich, tureckich sąsiadów Słowian. Niektórzy z nich wierzą dosłownie, że ogień ma głowę, i manipulując przy nim żelaznym ożogiem, wystrzegają się, by jej nie urazić.

Wszędzie po ziemiach słowiańskich, gdziekolwiek wyszły z użycia otwarte ogniska po izbach, a resztki czci ognia jeszcze się przechowały, część należnego mu kultu odbiera w spadku po nim piec izdebny. Rzecz ta przedstawia się dla ludu całkiem jasno: „Piec, w którym się pali – powiadają na przykład Poleszucy – należy szanować, bo w nim jest ogień”. 

Ponieważ świadectwa etnograficzne nie zawsze dają nam wyraźne wskazówki, dla kogo lud przeznacza ofiary kładzione, powiedzmy, na piec osieci czy nawet rzucane do ogniska  w chacie[v], więc na podstawie samych tylko zewnętrznych przejawów podobnego kultu nie możemy w sposób zupełnie pewny ustalić dla wszystkich wypadków, opisanych przez etnografów, właściwego celu ofiar. Niezawodne wskazówki etnografii porównawczej dowodzą bowiem, iż ogień przyjmuje ofiary nie tylko sam dla siebie (pomyślany bądź jako żywioł, względnie żywa istota, bądź też jako zewnętrzny przejaw swoistego „ogniowego” demona czy bóstwa), lecz również  pośredniczy  między ludźmi, a demonami czy bóstwami, nie mającymi żadnego bliższego z nim związku. Pośrednictwo zaś owo polega przede wszystkim na oddawaniu bogom woni czy duszy ofiar, złożonych dla nich przez człowieka.

Jak sobie mogli to niegdyś przedstawić Słowianie (którzy przecież i dziś uważają, że zapachem uchodzącym z upieczonego na ofiarę zwierzęcia sycą się święci, dla jakich ofiarę przeznaczono), wskazuje modlitwa sąsiadujących ze Słowianami pogańskich Czeremisów (Maryjczyków), zamieszkałych we wschodniej Europie.

W zapadłych kątach Słowiańszczyzny jeszcze do niedawna gospodynie dbały, aby dzięki starannemu przechowywaniu żaru ogień w chacie nigdy nie wygasł. Gdyby więc nie doroczne „odnawiania” ognia podczas pewnych świąt oraz „odnawiania” przygodne, przedsiębrane np. w czasie pomorów, żar rozniecony, trawiłby – w zasadzie przynajmniej – niejako wiecznie. Tak byłoby zwłaszcza u Słowian południowych i wschodnich, a przede wszystkim po głuchych kątach Białorusi. Na Białorusi, podobnie zresztą jak i w innych stronach, nawet jeśli rodzina przenosił się do nowego domostwa, zabierała ze sobą żywy ogień z opuszczonej chaty. Mężczyzna, będący głową rodziny, kładł wtedy żar do garnka i niósł go podczas przeprowadzki przodem, a za nim postępowali inni domownicy z całym dobytkiem. Wszedłszy pod dach nowej siedziby, przodownik obnosił żar wzdłuż wewnętrznych ścian izby, stawiał naczynie na nalepę i sam własnoręcznie rozniecał z przyniesionego żaru pierwsze ognisko. W razie gdy niecała rodzina opuszczała dawne osiedle. Lecz tylko na przykład syn wyprowadzał się z żoną z chaty ojców, natenczas syn ten, jako głowa nowego domu, otrzymywał z rąk ojca, jako głowy starego gniazda, żar w naczyniu. Tego rodzaju praktyki, wyraźnie nawiązujące już do społecznego znaczenia ognia, spotykamy także u wielu ludów pozasłowiańskich oraz egzotycznych. 


Prof. Kazimierz Moszyński
„Kultura ludowa Słowian”
Warszawa 1967

materiał zamieszczony pro publico bono – w celach poznawczych i edukacyjnych

1 komentarz:

  1. Z przyjemnością przeczytałam ten tekst. Aż ciepło się od niego robi...

    OdpowiedzUsuń