poniedziałek, 11 lutego 2013

Podskórne pogaństwo

W codziennym życiu towarzyszy nam wiele subtelnych elementów związanych ze źródłami naszej tożsamości. Jest ona zatarta, rozmyta i przenika się z teraźniejszym postrzeganiem naszej rzeczywistości. Trudno ją czasem wyartykułować, nazwać właściwym słowem, czy opisać. Jednak jakoś tak się zdarza, że ją czujemy, jest nam podskórnie bliska i namacalna. W moim przypadku nabiera ona realnych kształtów w intymnej wrażliwości jej współodczuwania. Taki stan rzeczy nazywam subtelnym pogaństwem mojej duszy. Podobno jest coś takiego w człowieku, że pamięta on obrazy i zapachy z prastarych czasów swojego rodu, rodziny i stron ojczystych. Sądzę, że coś w tym jednak jest.
Kiedy się rodzimy przy naszym boku pojawiają się trzy opiekunki. Nazywane są rodzanicami albo narecznicami . Dziś można by je po prostu określić jako współczesne wieszczki. Istoty te pojawiają się przy naszej kołysce, gdzie leżymy i przepowiadają przyszłość. To właśnie one orzekają o naszym losie, czy będzie ono szczęśliwe , czy też naznaczone cierpieniem i nieszczęściami. Mają one taką siłę przepowiedni, iż nikt nie jest w stanie jej zmienić. Pozostawiwszy na czole dziecka niezmywalne znamię z góry określające jego pozycję społeczną i materialną. Kiedy o tym myślę, łapię się na tym, iż w gruncie rzeczy jestem jednym z takich dzieci.
Czym się to przejawia? Podobno rodzanice mieszkają na końcu świata w pałacu Słońca. Jego blask od zawsze mnie pociągał. Lubię podążać w jego kierunku i ogrzewać się podczas chłodów, lecz najbardziej dziwaczny jest inny rodzaj więzi mojej ze słońcem. Z bogiem Swarożycem. Jak przez mgłę powracają z mojej pamięci poruszające się cienie, ruch palców u dłoni, zamazane zarysy sylwetek i twarzy pochylonych nad kołyską. I nic więcej. Stąd mój wieczny niepokój i notoryczny pęd ku czemuś na drodze ku włóczędze. Potrzeba wędrówki po lesie oraz bliskości z przyrodą, taką, jaka ona jest – dzika, nieskalana i złowroga.
Czy „moje” Wieszczyce były wtedy pijane albo roztargnione? Zapomniały o swoich obowiązkach? Naprawdę nie wiem. Istotne jednak jest coś innego. Od tamtej chwili jestem jakby rozdarty pomiędzy tym, co teraźniejsze a tym, co było wcześniej. Inaczej rzecz ujmując, moje nici przeznaczenia nie zaplotły się odpowiednio mocno i sprawiły, że są rozluźnione. Dlatego tak lgnę do słonecznego światła z nadzieją, że one powrócą i naprawią swoje niechlujstwo.
Żyć w zgodzie ze sobą. Czerpać z tego, to, co najwartościowsze i piękne. Miłość i braterstwo. Przyjaźń. Spełniać marzenia i iść przed siebie bez obaw, że się pogrąży w klęsce. Wielu z nas tego pragnie, lecz błądzimy. Szukamy przyczyn takiego stanu rzeczy. Lęków, które osiadły nas niczym chmara insektów i pożywia się tym, że słabniemy. Tak ginie nasza wola. Wówczas okaleczeni i ogłupiali stajemy się ofiarami samych siebie. Tracimy z oczu ślady i czyny naszych Bogów. Spokój świętych gajów z uroczysk pradziadów, w których dawni kapłani chronili ich od obcego żywiołu człowieka sługi…
W ten sposób zniszczono pierwotną harmonię rodzimego świata. Może nie był on idealny, ale był nasz, stary i niewydumany z jakichś zamorskich bajań o zmartwychwstaniu. Nikt go nam nie narzucił siłą i krwią. Posiadał silny korzeń tradycji praistnienia w przyrodzie. Na dachu rozłożystego dębu i w jego podziemiu.
Wiem, że moją świadomość uratowała intuicja. Duchy lasu i jezior, dzięki którym mogłem powrócić do stanu z kołyski. Do zapominalskich wieszczek, stojących nade mną i coś tam szepczących. Wiem, że nic mi nie jest straszne. Mogą mi wszystko odebrać – dom, kochane książki i odzienie, lecz nie zabiorą mi marzeń i mojego słońca. Tęsknoty wyrosłej z folkloru prostego ludu. Kojącej ciszy na grodziszczach.
Żal mi tylko pogubionych ludzi, którzy wstydzą się własnej historii i bogactwa słowiańskiego etosu. Wszak stamtąd wywodzą się ich korzenie. Skoro tak łatwo dali się z nich wymanewrować nie będę za nich cierpieć. Ja nie z tego kręgu kulturowego, jest mi on zupełnie obcy. Tak wielu z nich zawierzyło w coś, absurdalnie nieludzkiego, że inaczej nie potrafię. Wiarę w zbawienie. Cóż to takiego jest?
Na swoich leśnych dróżkach napotykam na niewielkie kapliczki zawieszone na drzewach albo usytuowanych na rozstajach dróg. Niektóre bywają naprawdę urokliwe, wręcz bym powiedział magiczne. Traktuję je jako nieszkodliwy twór ludzkiej twórczości będący wołaniem do istoty stwórcy. Cokolwiek to znaczy. Postacie Madonn lub Jezusa Frasobliwego są często rzeźbione przez samorodnych twórców ludowych. Szczególnie te o cechach archaicznych i prostych w swym wyrazie przemawiają do mnie, gdyż są uczciwe i wykonane od serca. Poza tym mają to coś, co przykuwa uwagę. Subtelny ślad pogaństwa…
Zaskakujące jak niewielu katolików w naszym kraju zdaje sobie sprawę z przejawów nieświadomego kultywowania wiary swoich przodków. Przecież to Ahmed ibn Fadlan wspominał o przenośnych figurkach na Wolinie. Owe drewniane figurki były trzymane w domkach – nazywano je domkami dla dusz. Zatem, czy postać Jezusa Frasobliwego w kapliczkach nie jest pozostałością tego dawnego kultu Słowian? Przecież ten rodzaj upamiętnienia przodków może mieć swoje sensowne podstawy. Dawni Słowianie składali Bogom ofiary z sera, miodu i zebranych przez siebie plonów, aby ich obłaskawiać, prosić o zdrowie i lepsze jutro. Często pod starymi drzewami, jakimi były dąb i lipa. Chrześcijaństwo nie mogąc poradzić sobie z tą formą składania darów dawnym bóstwom, przejęło go, a następnie poddało inkulturacji. Pamiątką po tym są dzisiejsze kapliczki z Matki Boskiej, Jezusa i świętych patronów. Cóż, w gruncie rzeczy uważam je za niegroźny przejaw przeinaczenia pogańskich pozostałości. Mają one dla mnie wartość kulturotwórczą bliską lokalnemu folklorowi. Najważniejsze, aby pamiętać, jaki jest ich rodowód.
Gdy tak się dobrze rozejrzeć, takich subtelności pogańskich otacza nas naprawdę wiele. Są niezwykle głęboko zakorzenione w nas samych. Chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy. Takim przykładem jest śródleśna osada, do której czasem lubię zajść i odpocząć. Pozostały po niej fundamenty glinianych chat i schodki z polnych kamieni. Może trudno w to uwierzyć, ale mam nieraz to szczęście, że słyszę dźwięki skrzypiec. Rozlegają się one po całej wsi. Proste, surowe i głośne. Oberki, mazurki… Ktoś mi zarzuci, że mam jakieś omamy, albo chodzę na haju. Nic z tych rzeczy. To są po prostu czary! Z opowieści wiem, że w tej wsi mieszkał wiejski muzykant, którego uważano za guślarza. Sam wytwarzał sobie skrzypce, a one – gdy ich „pan” nie miał sił, żeby zaiwaniać na strunach – same grały. Ot i tyle. Gdy wieś opustoszała, dźwięki skrzypiec słyszano, ale samego guślarza nigdy nikt nie widział. Ponoć żyje, bo nie słyszano o jego śmierci. Tęskni i gra.
Oto moje subtelne pogaństwo z mojej duszy. Lubię je. Wiem, że dzięki niemu jestem tym kim jestem – po prostu sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz