czwartek, 21 lutego 2013

Opowieść o Zorianie


Adam Czarnocki, występujący później pod pseudonimem Zoriana Dołęgi Chodakowskiego, urodził się 4 kwietnia 1784 r. W niezamożnej rodzinie szlacheckiej, w miejscowości Podhajna, niedaleko Nieświeża i Klecka, na Białorusi. Wcześnie, bo już około 1792 r., stracił matkę (z domu Borodziczówna), ojciec, zarabiający na utrzymanie jako oficjalista dworski, przeniósł się wówczas na Mazowsze w poszukiwaniu pracy, pozostawiając ośmioletniego syna w Mińsku pod opieką brata żony. Po powrocie z Mazowsza w tragicznym dla kraju 1795 r. Oddał Adama na wychowanie do krewnych w Lecieszynie, w powiecie słuckim, majątku podstolego witebskiego - Ksawerego Czarnockiego. Tutaj zapewniono mu podstawowe wykształcenie, pozwalające podjąć naukę w szkole powiatowej w Słucku.
Dominik Chodźko odwiedziwszy po latach krewnych Chodakowskiego w Lecieszynie, pamiętających go jeszcze z okresu dzieciństwa, powiada m. in., że „śmiano się nieraz z młodziana, mianując go marzycielem i zapaleńcem, gdy ten gorliwie wypytywał starych rolników o rozmaite ich naddziadów podania lub ciekawie przysłuchiwał się śpiewom wieśniaczek”. Widać więc, że bardzo wcześnie zdradzał Adam Czarnocki zainteresowania, które go w późniejszym okresie tak zajmowały.
Sam Chodakowski z nie tajoną goryczą wspominał okres pobytu na łaskawym chlebie w Lecieszynie: w liście do Karola Czarnockiego, syna swego dawnego opiekuna, pisał m.in.:
„Ja rozstałem się z waszą parafią nikomu nie znany i najmniej znający tę stronę, w której piętnaście lat żyłem. Winienem to okolicznościom, których pierwsza sprężynę poruszyłem na oślep, iż nagrodziłem młodociane uniżenie i szlacheckie wychowanie imiennika. Mnie dziwi niekiedy ta myśl, że byłem przytulony i wychowany od Polaków, lecz nie jak Polak. Czułem wtenczas tę nieprzyzwoitość i długo nie mogłem podnieść się do wyższego uczucia. Pamiętam, że użalano się na moją obojętność ku dobroczyńcom, i ta istotnie była, lecz sprawiona przez nichże samych. Później, z postępem lat, jakoś to pogodziło się; znałem rękę Ksawerego, całowałem ją, lecz nie jak ojcowską, bo mi się przypomniał nieraz chudy pachołek i wyłączność moja w wielu rzeczach nie przywiązywała serca mojego”.
Do szkoły powiatowej w Słucku wstąpił zapewne w 1797 r.: poziom i program nauki nie zadowalały jednak ambitnego i łaknącego wiedzy chłopca, a nawet budziły jego sprzeciw i rozgoryczenie, jak wynika z listu do ojca, pisanego najprawdopodobniej z końcem 1799 r.:
„Ty mnie mój Ojcze potępiasz? Ty upartym, niesfornym zowiesz? Źle się uczę! To prawda. Bardzo źle się uczę! Nic nie umiem i to mnie zabija, lecz czyjaż w tym wina- moja, czy tych, co na mnie się żalą? Nie ma tygodnia, mój Ojcze, jak łzami ich stopy oblewałem błagając: uczcie mnie, uczcie mnie! A oni, zowiąc mnie niesfornym, upartym- zgromili i gniewają się, że ja dalej, a może głębiej zapuszczam, niż oni, spojrzenie, że rad bym, aby nie tylko w godzinach wyznaczonych nauczali nas, i że pragnę, by nas gramatyką tak nie męczyli.”
Szkołę słucką ukończył 30 czerwca 1801 r., „ po czym dwa lata przebywał u rozmaitych znajomych sobie osób”[i], a następnie w 1803 r., zaczął przygotowywać się do zawodu prawnika. Praktykę adwokacką odbywał najpierw w Nowogródku, później w Mińsku, gdzie przebywał do roku 1807. Wprawdzie 20 grudnia 1805 r. uzyskał uprawnienia do wykonywania zawodu, lecz do palestry nie miał większego zamiłowania. Pociągała go raczej historia. Ostatecznie jednak 2 marca 1807 r. przyjął posadę zastępcy plenipotenta dóbr hrabiego Józefa Niesiołowskiego[ii] i osiadł w Worończy, niedaleko Nowogródka. W kilka miesięcy później został pełnomocnikiem w tychże dobrach; zajmował się sprawami majątkowymi swego chlebodawcy, prowadził procesy sądowe i uporządkował także worończyńskie archiwum.
W tych niespokojnych, ale dla Polaków pełnych nadziei czasach wielu ludzi starało się przedostać potajemnie do Księstwa Warszawskiego, aby tam wstąpić w szeregi wojska polskiego. Udało się to wiosną 1808 r. krewnemu hrabiego Józefa, Antoniemu Niesiołowskiemu, który w kilka miesięcy później napisał list zachęcający swoich znajomych , w tym również Czarnockiego, do pójścia w jego ślady. Adam Czarnocki odpowiedział niezwłocznie (20 października 1808), wyrażając gotowość spełnienia patriotycznego obowiązku. List jego, podpisany tylko inicjałami A.C., został jednak przechwycony przez carską policję, a skutki tej nieostrożności okazały się dlań fatalnie. W nocy z 25 na 26 marca 1809 r. został aresztowany w Wrończy i odstawiony do Grodna, gdzie prowadzono śledztwo. Niebawem, bo 30 kwietnia tegoż roku, zamknięty został w twierdzy petersburskiej; tu nastąpił dalszy ciąg śledztwa zakończonego surowym wyrokiem 31 grudnia 1809, skazującym go na pozbawienie szlachectwa oraz dożywotnią służbę „w sołdatach”. Usiłował się jeszcze ratować i 10 stycznie 1810 r. napisał z Nowogrodu list do ówczesnego gubernatora mińskiego, Zachariusza J. Karniejewa, prosząc o interwencję. Prośba jego nie odniosła żadnego skutku. Jako skazaniec wysłany został do dywizji generała Władimira G. Głazenapa, stacjonującej w Omsku. W czasie pieszej wędrówki na Syberię, trwającej około pół roku, prowadził dziennik-raptularz, zatytułowany Bez chęci podróż moja, w którym notował różne spostrzeżenia odnoszące się zwłaszcza do napotykanych po drodze ludów i grup etnicznych, ich obyczajów oraz języka (np. ułożył słowniczek języka Czeremisów), zapisywał jakieś piosenki tatarskie, nazwy miejscowe- słowem wszystko to, co zwracało jego baczną uwagę. Ten niewątpliwie bardzo interesujący dziennik podróży przymusowej, zapewne i później także kontynuowany, niestety zaginął. Przechowywany był przez pewien czas w zbiorach Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, mieli go jeszcze w ręku Joachim Lelewel oraz Hipolit Skimborowicz i im zawdzięczamy powyższe ogólnikowe informacje[iii].
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, mianowicie wskutek przygotowań do wojny z Napoleonem, dywizja Głazenapa już z końcem 1810 r. wyruszyła na zachód i latem następnego roku stanęła pod Bobrujskiem, zatrzymując się tu na okres dwóch miesięcy, od 21 czerwca do 21 sierpnia. Czarnocki skorzystał z tej okazji i przedsięwziął udaną ucieczkę do Księstwa Warszawskiego, a w dywizji rosyjskiej uznany został za zaginionego.
W Księstwie z właściwą sobie energią rozwinął działalność o charakterze strategicznym. Pod koniec 1811 r. znalazł się w Warszawie, gdzie dowództwu wojskowemu przekazał własnoręcznie naszkicowany plan Bobrujska. W lutym 1812 r. przydzielony został do piątego pułku piechoty jako adiutant-podoficer. Pod przybranym imieniem i nazwiskiem Zoryana Lubrańskiego spełniał różne tajne misje wojskowe oraz dwukrotnie udawał się za Niemen, z czego 4 i 19 maja 1812 r. składał raport marszałkowi Davoutowi. Nie przyjął awansu na oficera i 30 maja 1812 na własną prośbę uzyskał zwolnienie ze służby; pozostał jednak przy kwaterze głównej jako „wolontariusz w mundurze” i powędrował z armią aż pod Smoleńsk.
Nie wiadomo, gdzie przebywał i co robił bezpośrednio po klęsce Napoleona. Najprawdopodobniej już w 1813 r., a najpóźniej z początkiem roku natępnego rozpoczął na dobre badania ludoznawcze i słowianoznawcze. Świadczy o tym list z 5 grudnia 1815 do Łukasz Gołębiowskiego, w którym m. in. pisał:
„Długo i bardzo długo żyłem, nie dając WW Mci Dobrodziejowi względem siebie wiadomości. To uchybienie byłoby może nie do przebaczenia, gdybym ciągle na jednym stanowisku przebywał, lecz darujesz łaskawie Pan uznając, żem, na kilkunastu miejscach uganiając się za moimi mary, życie koczujące pędził i niezmordowanie w moim małym zawodzie pracował [...] I tak dalej po weselach chłopskich, po domach książęcych, celach syzmatyckich i po wieczorynkach dziewiczych przechodząc, ledwom 20 przyszłego miesiąca powrócił do Krzemieńca.
Jest to chronologicznie pierwszy znany nam list, pod którym podpisał się jako Chodakowski. Pseudonim ten przybrał jednak znacznie wcześniej, zapewne około roku 1813.
Niezmordowany był w swoim „małym zawodzie”. Przez kilka lat wędrował po kraju, notował pieśni i podania ludowe, gromadził materiały z zakresu „starożytności słowiańskich” bez żadnej pomocy materialnej. Dopiero latem 1817 r. za pośrednictwem Ludwika Kropińskiego, z którym łączyła go zażyła przyjaźń, udało mu się uzyskać protekcję od Adama Jerzego Czartoryskiego i wsparcie finansowe, co umożliwiło mu kontynuowanie przez pewien czas badań terenowych. W pierwszej połowie marca roku następnego napisał podczas pobytu u Czartoryskich w Sieniawie rozprawę O Słowiańszczyźnie przed chrześcijaństwem (ogłoszoną w 5 numerze „Ćwiczeń naukowych”), która miała stanowić podstawę do uzyskania stałej dotacji na dalsze badania ludoznawcze i słowianoznawcze z jakiejś instytucji naukowej. W tej sprawie zwrócił się Czartoryski oficjalnie „pismem polecającym” z 5 października 1818 r. do Uniwersytetu Wileńskiego. Wbrew jednakże nadziejom Chodakowskiego i mimo tak wysokiej protekcji kuratora Uniwersytetu, trzyosobowa komisja (Jan i Jędrzej Śniadeccy oraz Stanisław Jundziłł) negatywnie oceniła zarówno rozprawę, jak i całe przedsięwzięcie Zoriana[iv]
Rozgoryczony takim niespodziewanym obrotem sprawy, postanowił zabiegać o fundusze w Rosji. Udał się w tym celu do Homla, siedziby znanego wówczas mecenasa nauki, hr. Mikołaja Rumiancewa, u którego spodziewał się znaleźć poparcie. Przedstawił mu szczegółowo plany swych badań naukowych, ale i tym razem rachuby jego okazały się nierealne.
W Homlu zabawił blisko pięć miesięcy i w tym czasie otrzymał z Warszawy pocieszająca wiadomość- w dniu 7 marca 1819 r. został wybrany na członka Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, o czym doniósł mu prezes Stanisław Staszic. Dodało mu to otuchy i nowej energii. W korespondencji adresowanej do uczonych rosyjskich, a także do różnych osobistości wysoko postawionych podpisywał się odtąd jako członek tej instytucji naukowej, co niewątpliwie ułatwiło mu nawiązanie kontaktów. Pisał wtedy wiele listów, zarówno do Polaków, jak i do Rosjan. 29 lipca 1819 r. wystosował obszerne pismo do ministra oświaty w Petersburgu, Aleksandra N. Golicyna, w którym przedstawił swój pogląd na pierwotne dzieje Słowian. Pismo miało charakter polemiczny, a poważył się zaatakować nim Chodakowski nie byle kogo, bo samego Mikołaja Karamzina, oficjalnego historiografa Rosji. Przeprowadził tu mianowicie gruntowną krytykę rozmieszczenia plemion wschodniosłowiańskich w IX w. na mapie załączonej do pierwszego tomu Historii Państwa Rosyjskiego. Prosił też Golicyna o poparcie dla swych poczynań badawczych.
Okazało się, że Karamzin, ciesząc się niemałym autorytetem, miał także utajonych przeciwników w kołach petersburskich i moskiewskich, gdyż wspomniane pismo Chodakowskiego ukazało się niebawem bez wiedzy autora w „ Wiestniku Jewropy” jako rozprawa pt. Razyskanija kasatielno russkoj istorii. Sprawa ta nabrała posmaku sensacji[v].
Chodakowski nie dotarł jeszcze wtedy do Petersburga, dokąd dopiero 9 IX 1819 udał się do Homla. Po drodze spotkał pod Sobieżem jadącą również do Petersburga Polkę Konstancje Fleming. Ich kilkudniowa zaledwie znajomość przypieczętowana została związkiem małżeńskim. W Pskowie otrzymał odpowiedź od Golicyna (z 6 września); minister zapraszał go do stolicy. W Petersburgu nawiązał bliższe stosunki z tamtejszymi uczonymi, którzy przyjęli go bardzo przychylnie i pozytywnie ocenili jego osiągnięcia oraz zamierzenia na przyszłość. O swym pobycie u prezydenta Rosyjskiej Akademii, Aleksandra Szyszkowa, kiedy przedstawiał swoje plany badawcze w obecności także innych członków tejże instytucji, wspomina m. in. w liście z 20 października 1819 r. do Kropińskiego: „Zdziwiłem ich i podobałem się jakoś im wszystkim. P. Szyszkow uważa, iż w tym gotuje się wielikoje ouvrage i proponował mi,  czy nie przyjmę miejsca w ich poczcie akademicznym; snać chce policzyć między honorowych członków”.
Niebawem został wyróżniony członkostwem petersburskiego Towarzystwa Miłośników Literatury Rosyjskiej. Po przedstawieniu zaś obszernego Projektu naukowej podróży po Rosji przyznano mu na podróż, planowaną na cztery lata, cesarską subwencję w wysokości 3000 rubli rocznie, co zatwierdził Aleksander I w dniu 3 lipca 1820 roku. Otrzymał jednak pieniądze tylko za pierwszy rok i na tym wyczerpała się hojność rządowa. W ciągu kilkunastu miesięcy, od sierpnia 1820 do końca niemal 1821 roku, zwiedził znaczną część północnych obszarów Rosji, zebrał olbrzymi materia ł do słownika starożytnych grodzisk słowiańskich oraz inne materiały, w tym też folklorystyczne, ale był to dopiero początek realizacji jego planu. Po wyczerpaniu się środków finansowych musiał przerwać swoją wędrówkę; odbywał ją razem z żoną, która zmarła w okolicach Tweru, wcześniej zaś taki sam los spotkał kilkumiesięcznego syna Olesia.
W grudniu 1821 r. przybył Chodakowski do Moskwy i zatrzymał się tu znacznie dłużej, niż przewidywał. Żądano od niego dokładnego sprawozdania z dotychczasowych prac, od czego zależało wypłacenie następnej części subwencji. Szczegółowe sprawozdanie ukończył 13 lipca 1822 r. i przesłał do ministra Golicyna. Oceniał je najpierw Mikołaj Fus, a następnie Karamzin; trudno się zatem dziwić, że ocena ta wypadła dla Chodakowskiego zdecydowanie niekorzystnie i przekreśliła ostatecznie jego nadzieje.
Karamzin w liście z dnia 23 XII 1822 donosił w tej sprawie Golicynowi”
Wypełniając wolę Waszej Książęcej Mości, przeglądnołem sprawozdanie, słownik i mapę [grodzisk] p. Chodakowskiego. Nie ma potrzeby, abym szczegółowo przedstawiał moje zdanie o tych płodach jego podróży. Całkowicie szczerze zgadzam się z gruntowną oceną jednego z pp. Członków Komitetu Naukowego, którą to ocenę Wasza Książęca Mość raczył mi przekazać. Mowa tu właśnie o ocenie Fusa.
Wyczekując niecierpliwie na taki wyrok, o którym dowiedział się dopiero w kilka miesięcy później, pisywał często listy do Golicyna, a także do szeregu innych osób, niekiedy wręcz dramatyczne. Na przykład 2 kwietnie 1823 żalił się do Golicyna:
„Długotrwała niepewność moja co do nadziei i własnego sądu Waszej Książęcej Mości pozbawił mnie kredytu u moich dobrych znajomych , niepokoi gospodarza mego mieszkania, ja zaś, upokorzony przed wszystkimi, zmuszony jestem siedzieć w domu, wyrzec się dalszych zdobyczy w moim przedmiocie, w końcu znosić wszystkie rodzaje nędzy. Nie wiedząc, czym skończy się m o j a  p r ó b a  w Rosji, nie mogę pewnie odwołać się do Polski; słowem, znajduję się w trudnym i, rzec można rozpaczliwym położeniu. Nieraz w czarnej rozpaczy zazdrościłem zmarłej Konstancji Iwanownie, która grobem zakończył mój wojaż; mnie, być może, przyjdzie zakończyć w ostatniej nędzy”.
Zgodnie z zapowiedzią zawartą w powyższym cytacie zwracał się istotnie o pomoc do kilku osób w Polsce. Pisał do Staszica, mając nadzieję, iż pomoże mu Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Adolfa Dobrowolskiego, sekretarza księcia Adama Jerzego Czartoryskiego, prosił o wstawiennictwo za nim do jego dawniejszego protektora. Podobną prośbę skierował również do Łukasza Gołębiwskiego:
„Nie mógłbyś, Szanowny Przyjacielu, pomóc mi wstawieniem się do Księcia i przełożeniem moich okoliczności Towarzystwu- nic już to Królestwo nasze nie może wesprzeć swojego wędrownika?”.
Stał się kłopotliwy dla otoczenia, dla przyjaciół i znajomych, ponieważ nie miał pieniędzy, pozbawiony był zupełnie środków do życia, a co więcej- był zadłużony, i to jako dłużnik niewypłacalny. Za to zaś, zgodnie z literą prawa, groziła mu utrata wolność osobistej, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. W liście pisanym z Moskwy 14 lipca 1823 zwierzał się Adolfowi Dobrowolskiemu:
„Tu dobrym ludziom zawiniłem już przeszło 200 rubli asygn., żyjąc blisko roku w oczekiwaniu na cesarza i na rezolucją. Nie wykupicie mnie, to ruski pan zapłaci kosztem swobody mojej. Czekam jednak na Was!”.
Bywał w tych miesiącach od czasu do czasu na posiedzeniach moskiewskiego towarzystwa literackiego, choć już niezbyt chętnie widziany. Michał P. Pogodin, wówczas jeszcze bardzo młody, późniejszy wielbiciel Chodakowskiego i wydawca jego prac, biorąc udział w takim zebraniu 24 lutego 1823, zanotował w swoim pamiętniku: „Okropność, co czytali. Widziałem Chodakowskiego. Jakby wstydzili się z nim rozmawiać”.
Zachodził także na moskiewskie przedmieścia i na targi, wdawał się w rozmowy z przybyłymi na nie wieśniakami, wypytywał o różne interesujące go szczegóły. I mimo tylu dręczących niepowodzeń, o głodzie i chłodzie pracował jednak bardzo intensywnie. „Zgrabiał ręce w zimnej izbie”- pisał w liście do Golicyna 11 stycznia 1823 roku. Ostatnią obszerną rozprawę pt. Próba wyjaśnienia słowa kniaź- ksiądz ukończył w marcu 1824 r. (drukowana w tymże roku w czasopiśmie „Siewiernyj Archiw”). W Moskwie powtórnie się ożenił, co wpłynęło na jego sytuację materialną. Pod koniec życia przyjął posadę zarządcy dóbr u jakiegoś ziemianina w guberni twerskiej, gdzie 17 listopada 1825 r. zakończył życie w nieznanych bliżej okolicznościach, ledwie przekroczywszy czterdziestkę.
Znamienne są słowa, jakie zapisał na kilkanaście dni przed śmiercią, w dniu 1 listopada 1825 r.:
„Wraca bocian w kraje przodków swoich, porzuca jaskółka nasze okolice i gil pieśń wznosi na bezlistnym drzewie! Ach, kiedyż ja porzucę to życie, co mi już przykre jest, co mnie udręcza? Kiedyż powrócę w żalnik, tę krainę, w której znajdę się jak pod własną strzechą?”.

Wstęp autorstwa Juliana Krzyżanowskiego z książki
„Śpiewy słowiańskie pod strzechą wiejska zebrane”
Zoriana Dołęgi Chodakowskiego
pod red. Juliana Maślanki
Warszawa 1973
materiał zamieszczony pro publico bono – w celach poznawczych i edukacyjnych


[i] D. Chodźko. op. cit., s. 279.
[ii] Józef Niesiołowski (1728- 1814), ostatni wojewoda nowogródzki za czasów Rzeczypospolitej był postacią znaną na Litwie. O nim to wspomina Wojski w Panu Tadeuszu (ks. I ww 790-799).
[iii] J. Lelewel, Adam Czarnocki >>Dzienniki Literackie<< 1859, nr 79, s. 942; H. Skimborowicz, Jeszcze o Zoryanie Chodakowskim czyli Adamie Czarnockim, >> Teka Wileńska<< 1858, nr 6, s. 250.
[iv] Sprawę tę opierając na dokumentach, przedstawił S. Pigoń w rozprawie Dyletant osobliwy przed sądem uczonych [W:] [Z dawnego Wilna, Wilno 1929, s. 1-16.
[v] Bazyli Anastasiewicz, przebywający w Rosji, pisał w liscie z 21 XI 1819 do Franciszka Skarbka Rudzkiego o tym wydarzeniu:
„ Chodakowski nieźle wystąpił na koniec października w dzienniku moskiewskim („Wiestnik Jewropy, nr 20) nawet przeciwko swojej woli. List pisany przez niego do Ministra z uwagami na Karamzina dostał się do redaktora owego dziennika [M. T. Kaczenowskiego], który rad umieszcza w nim wszystko, co tylko może orzeźwić historigrafa zakadzonego pochwałami jego prozelitów i parazytów. Chodakowski byłnawet w ambasadzie z tego przypadku, aby się tym nie naraził bogatemu autorowi dziejów, od którego także wygląda sobie pomocy...”  (Bibl. Jagiel., rkps 4569, k. 19). Reperkusje tego wystąpienia Chodakowskiego zob. też w korespondencji A. I. Turgieniewa z P. A. Wiaziemskim w: Ostafiewskij archiw kniaziej Wiaziemskich, t. I, Sankt-Petersburg 1899, s. 362, 367, 658.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz