niedziela, 24 lutego 2013

Bój Czechów z Luczanami, czyli o upiorzycach słowiańskich

 I

Gdy książę Krzesomysł odszedł do wieczności, na stolcu wszehradzkim zasiadł Neklan. Rządził on plenieniem czeskim mądrze i łagodnie. Z Litomierzyczanami i Lemuzanami żył w zgodzie i przyjaźni, a jego słowo i wola wiele u ich wojewodów znaczyły. Na północy jednak i zachodzie miał złego sąsiada- księcia Vlastislava, władającego ziemią dumnych Luczan nad rzeką Oharką i górną Mżą. Neklan był łagodny i roztropny, Vlastislav dziki i namiętny. Neklan bojaźliwego serca, Vlatislav żądny walki. Nie dbał o dobre stosunki sąsiedzkie, nie przestrzegał prawa i sprawiedliwości przelewając krew bez miłosierdzia.
Sąsiadów swych trapił okrutnie i nieraz przeciągał ze swą dzika drużyną przez kraje Litomierzyczan, Lemuzan i Czechów biorąc haracz ze wszystkich tych ziem. Żądał po skórce wiewiórczej lub kuniej od radła, a kto opór stawiał, musiał płacić daninę nie tylko za siebie, lecz i za poległych. Zamiast daniny brał też ludzi, szczególnie niewiasty i dzieci; jeńców w niewolę sprzedawał, a że miał ich wielu, sprzedawał tanio Frankom i Żydom brodatym, przebywającym z daleka po niewolnika.
W czas ostatniego najazdu swego na ziemię czeską pustoszył kraj okrutnej jeszcze niż zwykle. Kędy przeszli Luczanie, tam wszystko gorzało. Puszczali bowiem z dymem ogródki warowne, domostwa, stodoły i stajnie: nie było niemal wsi, gdzieby pożaru nie wzniecili. Wszystko pochłaniał ogień, a wróg siekł mieczem i uprowadzał stada bydła. Ludzie uchodzili z zagród chroniąc się do zamków, grodziszcz, za wały i mury. Ale i te nie dawały już bezpiecznego schronienia.
Gród Drzevicz na pograniczu nie oparł się przemocy Vlastislava. Z kolei Slany, a potem Budecz legły w popiele. Stąd runęli Luczanie jak powódź na rozległą równinę ku Lewemu Hradcowi w pobliżu Żalewa, świętego miejsca, gdzie Rzivnacz ponury sterczy nad Wełtawą.
            I otoczyli Lewy Hradec, skąd chcieli na zamek praski uderzyć; nie dali nikomu wyjść z gródka ni wejść doń z żywnością. Wielki głód nastał za wałami. Oblężenie się przeciągało. Już poszło pod nóż wszystko bydło, przysmakiem stała się garść mąki i dobry był każdy gnat.
Oblężeni tęsknie z wałów i strażnic w stronę „wielkiej drogi” spozierali, co wiodła od Lewego Hradca przez Unietice w pobliżu Łysołaja i przez dziedzinę Holiszoviców na równinę leteńską, ku praskiemu zamkowi. Tam książę najchętniej przebywał ,stamtąd niecierpliwie zastępów jego wypatrywano, które miały przynieść wybawienie.
Ale na próżno. Pomoc nie przybywała, „wielka droga” była wciąż pusta. Rozpacz zapanowała w Lewym Hradcu; ludzie wycieńczeni głodem, z zapadłymi policzkami i chorobliwie błyszczącymi oczyma, kładli broń na ziemię mówiąc:
-                      Musimy pomrzeć z głodu, pomoc nie nadchodzi. Poddajmy się lepiej Luczanom, cokolwiek z nami uczynią, zgubią czy przy życiu ostawią!
Już tak uczynić zamierzali, gdy raptem spostrzegli, że Luczanie namioty zwijają, opuszczają obóz i do odwrotu się sposobią. Doszła ich bowiem wieść, że Lemuzanie, Litomierzyczanie i Dieczanie ciągną Czechom z odsieczą, zachodząc ich, Luczan, od tyłu i flanki.
Vlastislav szalał z wściekłości i zaklinał się straszliwą przysięgą:
-                      Niech Perun odmówi mi pomocy, niech stanę się niewolnikiem do końca życia, jeżeli daruję Dieczanom, Lemuzanom i Litomierzyczanom!
A plemię czeskie zniszczę i tarczę mą zawieszę w bramie praskiego zamku na znak zwycięstwa!
I odstąpił od Lewego Hradca z konieczności, nie chciał bowiem wpaść jak ziarno między dwa kamienie.
Zemścił się jednak niebawem; i to najpierw na Litomierzyczanach: zbudował na ich ziemi, między dwiema górami, Niedźwiedzią i Przipeti, gród warowny. Nazwał go swym imieniem i osadził w nim załogę z dzielnych i okrutnych wojów złożoną, by mściła się na sąsiadach za to, że Czechom pomogli.
Przejęci strachem, Lemuzanie i Dieczanie o pokój porosili obiecując Czechom nie pomagać i stałą daninę płacić. Gdy książę praski dowiedział się o tym, zatrwożył się wielce. Małego serca będąc nie ufał własnym siłom i postanowił ustąpić raczej niż do wojny dopuścić.
Wysłał w poselstwie kilku władyków, którzy u wojewody Luczan o pokój i stosunki sąsiedzkie zabiegać mieli, cenne dary mu wręczając kilka mieszków czystego złota, dwa żelazne szyszaki, piękne kute tarcze i dziesięć wspaniałych rumaków szlachetnej krwi.
Vlastislav siedząc na wysokim drewnianym stolcu, pięknie rzeźbionym i malowanym, w sobolowej kosztownej czapce z czaplimi piórami, w płaszczu drogocennym z cudzoziemskiej tkaniny, sfałdowanym bogato i spiętymi pięknymi klamrami, patrzył na posłów wyniośle spod przymkniętych powiek.
Przyjął ich dumnie i dumnie odpowiedział, gdy mu poselstwo pana swego powtórzyli:
-                      Słyszałem, o co książę wasz prosił, widziałem również dary przezeń przesłane. Lecz nieopatrznie uczynił. Nie ofiarował mi wszak całego swego złota, wszystkich bogactw i koni. To, co przynieśliście, na przynętę dał jeno. Zabierzcie te dary z powrotem i powtórzcie swemu panu, że mu pięknie dziękuję- niech mi je do czasu przechowa. Przyjdę sam po wszystko, co posiada, a wtedy zabiorę i to, co teraz zwracam. Wy zaś- idźcie stąd precz, i to rychło! Byście tu zamiast darów, głów swoich nie zostawili!
Strach padł na władyków; zawrócili spiesznie, starając się odejść jak najdalej od kraju Luczan. A gdy w zamku praskim powtórzyli słowa Vlastislava, zbladł książę Neklan  nie tając przerażenia. A nuż Vlastislav w pysze swej zapragnie władzę nad całą z ziemią czeską zagarnąć i rządzić nią jak własną?

II


Książę luczański wygłosiwszy swą hardą mowę do posłów czeskiego księcia, kazał natychmiast we wszystkich pięciu żupach swej ziemi ogłosić, by mężowie powstali i gotowali się do wojny.
Ruszył więc poseł na czele drużyny na rączych koniach. Jechał z mieczem u boku, a drugi miecz, książęcy, żelazny, trzymał w skórzanej pochwie ostrzem do góry; zaś towarzysz jego miał u pasa postronek z łyka ukręcony. Jak wicher pędziła drużyna mężów zbrojnych przez wzgórza, doliny, lasy, pola (był właśnie czas wiosennych siewów); ze wsi do wsi, od rodu do rodu, o świecie, w biały dzień, a często o późnym zmroku.
We wsiach zatrzymywali konie, zwoływali starostę i czeladź rodową, wszystkich młodzieńców i mężów. A gdy ci się zbiegali, poseł wyciągnął z pochwy miecz książęcy i dzierżąc go wysoko, oznajmił rozkaz: „Każdy, kto wzrostem przewyższa miarę tego miecza, niech bez zwłoki gotuje się do wojny, niech weźmie tarczę i broń i spieszy na gród wojewody, gdzie zbiera się wojsk przeciwko Czechom”.
Druh jego odwiązawszy przymocowany u pasa postronek z łyka uniósł go wysoko nad głową; poseł zaś ukazując ową pętlę obwieszczał straszną groźbę książęcą dla tych, co w porę się nie stawią: „Na tym postronku będą powieszeni, niech każdy to wspomni i nie próbuje wykrętów.”
I wołał dalej poseł, by każdy, kto ma w domu sokoła, raroga, krogulca, kanię czy białozora, wziął je ze sobą w pole; niech nikt tych drapieżników w domu nie zostawia. A kto by tak uczynił, kto by się nie stawił w polu: zginie, tym oto mieczem ścięty!
I znowu machnął mieczem książęcym, aż zalśnił w słońcu jasnym blaskiem. Potem mierzyli nim wszystkich mężów i młodzieńców w rodzie: mierzyli, wręby nacinali, by móc przedstawić księciu, ile wojów da każdy ród, ilu w pole wyprawi.
Po czym znowu szybko na koń wsiadali, ostrogami je w bok kłuli i ruszali dalej do sąsiedniego grodu i znowu dalej i dalej. Wieść biegła przed nimi, wszędzie już czekano książęcego miecza. Pasterze, pasący na łąkach stada, ze zdumieniem spoglądali na pędzących jeźdźców; po wsiach mężowie witali ich hucznie, niewiasty z troską. Wszędy nieśli niepokój i zamęt, a kobietom i dziewką- żałość.
Tak przejechali przez pierwszą żupę, najbliższą grodu wojewody, przepiękną dla oka. Urodzajna to była ziemia, wszędzie łąki, morze kwiatów, smugi złocistoróżowe, bujna zieleń i znowu łany, łany, łąki i sady, a wszystko zalane wiosennym słońcem. I tu z książęcym mieczem jeździli, a odwiedziwszy wszystkie dziedziny ruszyli na południe, do drugiej żupy po obu brzegach rzeki Bronicy rozciągniętej. Gdy i te strony do broni wezwali, zwrócili się nad Oharkę, gdzie na horyzoncie ciągnęło się pasmo sinoszarych Gór Kruszcowych. Tam też w trzeciej żupie po obu brzegach rzeki Uzkiej jeździli, mężów mieczem na wojnę zwołując, mieczem mierząc, wręby licząc.
Stamtąd pośpieszyli do czwartej żupy na zachód, do kraju nad rzeką Hutną. I rozbrzmiewał okrzyk wojenny wzdłuż rzeki i w wąskim wąwozie Oharki, grzmiał w głębokich parowach między zboczami i wśród skał, gdzie huczały i szumiały spienione wody.
Stąd niósł się dalej, szybko i gwałtownie jak wiosenna burza, ku górom, ku górnej Mży, gdzie między ciemnymi borami, wśród wzgórz, czarnych torfowisk i rozległych błot kryły się wokół grodu Chlumczany dziedziny piątej żupy ziemi luczańskiej. Gdy tam ludzie usłyszeli rozkaz książęcy i ujrzeli błysk miecza, zerwali się ochoczo, pełni ogromnej radości; wszyscy jak jeden mąż. Nie baczyli na miarę miecza, nie chcieli jej nawet: każdy rwał się do boju, stary czy młody.
I gotował się smagły dziki leśny lud, porzucał pola i lasy, silne, spracowane dłonie imały się toporów i ciężkich młotów, zdejmowały ze ścian wielkie tarcze o mocnym żebrowaniu, sztywno obciągnięte poczerniałą skórą, odwiązywały od żerdzi chciwe krwi sokoły, rarogi i krogulce i pętały w sfory zajadłe psy z wilczego plemienia, nawykłe do łowów i walki z dzikimi drapieżcami głębokich puszcz.

III


W najdalszym zakątku Chlumczańska, pośród wzgórz, pod lasem, za rozległym torfowiskiem porosłym turzycą i rdzawym mchem, kryła się wśród lip i jaworów mała wioszczyna. Ściany drewnianych chat i płoty pociemniały ze starości, a zleżałą słomę strzech  porosło gęsto różnorakie zielsko.
Nieliczny ród Żalan mieszkał tu od wieków. Straba, mąż młody a dzielny, był wonczas jego gospodarzem. Nie miał braci ani sióstr, żonę zaś tylko jedną, a pochodziła ona z czeskiego plemienia. Straba przywiózł ją sobie z ich kraju jako brankę z ostatniej wyprawy, gdy Lewy Hradec oblegano.
Pojmana Czeszka tak mu się spodobała, tak myśl jego opętała- może czarami?- że rzekł jej:
-                      Branką jesteś, niewolnicą, lecz zostań moją żoną.
Usłuchała, została jego połowicą, lecz w sercu swym spokoju nie zaznała. Tęsknota ją trapiła w tej dalekiej dziedzinie, do domu rodzinnego ciągnęło, a gorycz serce zalewała na wspomnienie spustoszeń i grozy, jaką w jej kraju Luczanie siali. Ale taiła żal i gniew, i mąż myśli jej nie znał.
Przejrzała je wszakże macocha jego, żona zmarłego ojca, niewiasta słusznego wzrostu i ponurego lica, o szarych, srogich oczach, niemłoda już, lecz także niezbyt stara. Znała ona czary różne, wieszczby i gusła.
Gdy rozkaz księcia dotarł do Żalan, Straba jął się na wojnę gotować. Zdjął ze ściany szczyt i przyłbicę z byczej skóry z żelazna obręczą, wyostrzył miecz, przygotował strzały, założył na potężny łuk nową cięciwę. Młot do siodła przytroczył i wybrał w stajni najlepszego konia. Nie był on piękny ni duży, nie miał gładkiej lśniącej sierści, był grubej kości, lecz jak jaskółka chyży i wytrwały na słotę, upał, mróz, głód i pragnienie.
Młoda żona w milczeniu pomagał mężowi w przygotowaniach; przyniosła mu derkę, płaszcz i skórzane nagolenniki, chleb i ser do torby włożyła, żeby miał jadło na drogę, nim do zamku książęcego dotrze.
W dzień przed odjazdem rzekła do Straby macocha:
-Przyjdź wieczorem do wądołu, ale nie mów o tym nikomu.
Gdy mrok zapadł, uczynił młody gospodarz, jako mu macocha nakazała. Ruszył w kierunku boru, wzdłuż rozległych, ciemnych torfowisk, na których czerniały skupiska karłowatych olch i krzewów bagiennych, a wśród turzycy lśniły kałuże czerwonym blaskiem nieba. Słońce zachodziło. Wiatr wiał od lasu nad ciemnymi błotami i głośno huczał w szarej skał rozpadlinie. Na stokach jej w nędznej trawie sterczały głazy ogromne, jakby nieczystą siłą tu porozrzucane; wśród nich wznosiły się stare, wysokie drzewa- lipy, dęby i jesiony. Rozłożyste ich korony porastała jemioła, co jesienią i zimą na nagich gałęziach czerniała.
W głębi wądołu pod dębem siedziała macocha podsycając ogień na skale rozniecony. Włosy miała rozpuszczone, jeno na uszach i pod brodą bielał wąski pasek zawicia.
Zoczywszy pasierba rzuciła w ogień ziele przedziwne wyrzekła takie czarodziejski zaklęcie:
-                      Przede mną mgła, za mną mgła! Niech nas nikt nie widzi, jeno biesy same!
Ledwie skończyła, parów ją się wypełniać białawą mgłą. Osiadała ona na ziemi, unosiła się kłębami w górę po zboczach i wzdłuż pni drzewnych, wydając przy tym głośny szum. Gdy Straba do ogniska się zbliżył, białe opary tak gęsto spowiły wądół, że drzewa wyglądały niczym szare cienie. Płomienie buchały jasno; w ich pełnym blasku stała macocha, uparcie szarymi oczyma wpatrując się w Strabę. I przemówiła w te słowa:
-                      Nie jesteś mym synem, ale twój ojciec był mężem moim. Zawołałam cię, by udzielić ci dobrej rady: tu, w tej pustelni, nikt prócz ciebie słyszeć jej nie powinien. Wiedz, że na próżno dla was czary różne czynię. Czeskie czarownice znają mocniejsze gusła. Zmogły one nasze zaklęcia. A że nas zmogły- i wy przegracie! Widzę jasno wasza klęskę! Ach, biada wam, biada nieszczęsnym! Bogowie was do bitwy powiodą, ale pomoc dadzą nieprzyjaciołom. W pole ruszycie, lecz nie wrócicie już stamtąd. Luczanie są Czechom wydani. I książę ostanie tam ze wszystkimi. Tylko ciebie śmierć ominie, jeśli uczynisz, co ci doradzę. Słysz: gdy zacznie się bój, bacz na tego, kto na cię pierwszy uderzy. Pchnij go szczepem, lecz nie zabijaj. Oboje uszu obetnij, schowaj i siadłszy na koń umykaj co sił. Nie dbaj o wrzawę i rumor za sobą; nie oglądaj się na nic, jeno co prędzej umykaj! Tak sam jeden się uratujesz!
Zgasła zorza za zachodzie, rozległe błota pociemniały zupełnie; jeno olchy karłowate sterczały wśród nich niczym groźne cienie. Spróchniały, nago pień wierzby świecił nikłym, tajemniczym blaskiem.
Straba powracał z wądoły do domu. W zamyśleniu, z niepokojem
W duszy kroczył szybko ku ciemnemu dworzyszczu skrytemu w głębokim drzew cieniu. Ogień już wygasł, nawet łuczywo nie płonęło w żadnym oknie. Ciemność panowała i cisza. Lecz wszedłszy we wrota usłyszał Straba śpiew. To żona jego śpiewała pieśń przedziwną, nie znana mu dotąd. Umilkła, gdy wyłonił się z mroku nocy i nic nie odrzekła, kiedy spytał, co to za pieśń i czemu właśnie dziś ją śpiewa.

IV


Lęk ogarnął księcia praskiego, kiedy usłyszał, co się w ziemi Luczan dzieje i że Vlastislav wojsko zbiera. Neklan bał się, a odwagi nie dodała mu nawet nowina, że wszystkie rody, całe plemię czeskie, oburzone zuchwalstwem Luczan, powstało do boju i do broni się gotuje.
Szczękała broń w zamku i na leteńskiej równinie. Zewsząd rozlegało się rżenie koni, rozgwar wojów i śpiew. Lecz książę Neklan wtulony w kąt jednej z izb zamku drżał ze strachu. Nie mógł się przezwyciężyć ni uwierzyć, że mógłby pobić Vlastislava. Próżno przyjaciele przekładali mu, tłumaczyli. Wymawiał się chorobą, mówił, że biesy osłabiły jego ciało i kości.
Dopiero gdy Czestmir, krewniak jego, młodzian rosły i urodziwy, począł mu gorzko wytykać, że postępuje jak baba, że wszyscy mężowie są już do wojny gotowi i jeno na niego czekają, że bez wodza stracą serce, rzekł Neklan:
-                      Nie pójdę, nie mogę! Idź ty za mnie! Weź moją zbroję i konia mego i poprowadź ich! Niech wierzą, że książę ich wiedzie!
I widział Czestmir zbroję książęcą, kolczugę, żelazny hełm cudzoziemskiej roboty, a pod nim siatkowy kaptur na uszy spadający i ujął wielką, lśniąca tarczę; na ramiona płaszcz książęcy narzucił, siadł na bystrego Neklanowego gniadosza i wyjechał w orszaku najprzedniejszych wojów na równinę leteńską, gdzie już wojsko czekało.
Na widok księcia zabrzmiały radosne okrzyki i rozległ się szczęk broni. Wnet szyk bojowy jęli sprawiać, piesi i jezdni, w szyszakach z byczej skóry i czapach kosmatych, z oszczepami w dłoni, z procami, z łukami i pełnymi ostrych strzał kołczanami.
W blasku słonecznego dnia migotały lśniące groty i miecze. I nausznice błyskały w uszach niejednego z rycerzy.
Czestmir, złożywszy bogom ofiary, na swoim rumaku czynił przegląd wojsk.
A gdy mieczem błysnął i gromkim głosem zakrzyknął, ruszyli z miejsca. Ziemia dudniła od mocnych kroków i tętentu końskich kopyt, a powietrze drżało od bojowych okrzyków i pieśni. Hufiec za hufcem przechodził przed Czestmirem: mężowie całego plemienia według rodów, liczebności i siły.
Szły zastępy z wojów i kilku rodów się składające i inne przez jeden ród wystawione, w broni mocny i liczniejszy, ciągnący pod własnym znakiem rodowym: Netvorzice, Turzanie, Czjaradice i Drahelczice zwani „Gołonogimi”, za nimi Biehovice, Uhonice, Budiehostice, Nahorubovice, Żynianie, Munice i ród starszego Tiepty.
Ciągnęli woje „wielką drogą” na Łysołaj i dalej wśród czarnych skał Kozich Grzbietów, a minąwszy Lewy Hradec śpiesznie szli przeciwko Luczanom, żeby gwałty ich i napaście powstrzymać.
Lecz gdy na rozległe równiny ziemi turskiej dotarli, zatrzymał Czestmir zasępy swoje, dosłyszał bowiem nadchodzących Luczan. Zajął przeto niewielkie wzgórze, skąd widać było nieprzyjaciela, co zbliżał się, jak wielka, czarna nawałnica, znacznie większa niż wojsko praskie. Wszelako wódz prażan nie przeląkł się liczny wroga. Stanąwszy na szczycie wzgórza w pobliżu starego, samotnego dębu, w te słowa przemówił do wojów, co słuchali mniemając, że to mówi ich książę:
-                      Oto Luczanie pyszne plemie! Iluż mężów nam oni wybili, ile wsi spalili, ile niewiast i dzieci w niewolę pobrali! I znowu idą, by mordować i palić! Zniszczyć nas chcą, niewolnymi uczynić! Choćbyśmy i nie chcieli, musimy się im oprzeć, by ratować rodziny nasze i nie dać pohańbić czeskiej ziemi. Walczyć będziemy za wolność naszą, za nasze wybawienie. Raczej kości swe tu złożymy, niż mięlibyśmy uciec i do takiej hańby dopuścić. Nie uciekniemy! Zostaniemy, a ja pójdę przed wami. Padnei-li moja głowa, nic się nie lękajcie, idźcie naprzód aż do zwycięstwa. A zwyciężywszy, w tym oto miejscu, jeśli padnę, mnie pochowajcie.
Krzyknęły hufce w uniesieniu:
-                      Gdzie twoja głowa padnie i my swoje złożymy!
-                      Zwyciężym!
-                      Pobijem Luczan!
A na Turskie Pole nadciągały już luczańskie zasępy: jezdni i piesi, wszyscy tęgo zbrojni, z mocnymi tarczami, w pancerzach lub choćby w lnianych rzemieniami przeszywanych kaftanach, chłop w chłopa, lud bitny. Był tam ród Trnovanów, Żluticów, Radoniców, byli Uhasztianie, Chrabercy i Trebczyce, i ze wszystkich najsrożsi Chlumczanie z zalesia, w grubych guniach i skórach, w kosmatych czapach, zbrojni w grube oszczepy i młoty ciężkie. Wiedli one psów całe sfory, wilczurów i złych owczarków, co wilka bez trudu dusiły. Inni na wyciągniętych rękach nieśli ptaki drapieżne: sokoły, rarogi, kanie, białozory. W szyku bojowym stanęli na rozległej równinie, twarzą na południe, a przeciwko Czechom, co lewym skrzydłem o pagórek od zachodu wsparci, prawym lesistych wzgórz nad dziedziną chejnowską  sięgali.
Srogi pogłos niby grzmot z chmur nosił się od luczańskich szeregów: przeróżne głosy ptaków drapieżnych, psów szczekanie, krzyki i ludzi, rżenie koni i dźwięk rogów brzmiały daleko po Polu Turskim.
A na czele hufców jechał dumny Vlastislav w żelaznej przyłbicy, w łuskowej zbroi, z mieczem obnażonym w dłoni. Gdy ujrzał prażan, co stali, miast rzucić się do ucieczki, zatrzymał swych wojów i w strzemionach się uniósłszy, donośnym głosem przemówił:
-                      Widzicie tych tchórzów? Wzgórz się czepiają! Ale nic im to nie pomoże, słabi są bowiem, słabsi niż my i bojaźliwego serca. Widzicie, jak się trwożą? Nie mają odwago przyjąć walki tu, na równinie, i rzucą się do ucieczki, gdy tylko uderzymy. Wpadnijcie na nich pędem, a ostro. Niech nogi wasze miażdżą ich, jak burza gradowa miażdży zboże. I psy spuście, niechaj nachłepczą się ich krwi, i ptactwo wypuście na postrach. Rozpędźcie ich jak gołębi stado.
Niczym strzały wypuszczone z łuku pomknęły z ujadaniem sfory psów różnorakiej maści i gnały przed siebie zbita gromadą. W tejże samej chwili nad Luczanami zaszumiała chmara dzikiego ptactwa. Uwolniona z pęt ,ku górze się wzniosły i skłębione jak śnieżna kurzawa zbiły się pod niebo, skąd słychać było szum skrzydeł, skrzekot, krakanie.
Cień padł na Luczan od tej żywej chmury. Padł, ale wnet popłynął dalej po polu, wraz z kłębami kurzawy, co niosły się góra ku praskim zastępom.
Na ziemi wściekłe wycie, ujadanie i dziki pęd psiej sfory; w powietrzu szum i niezliczone ptasie głosy, razem jedna ogłuszająca wrzawa. A potem okrzyk bojowy Luczan i granie rogów; burza tych straszliwych głosów niby powódź zalała ogromne Turskie Pole.
Luczanie ogarnięci dziką wściekłością, krwi żadni, gnali naprzód, a na ich czele wojewoda Vlastislav na koniu z rozwianą grzywą, krzycząc i mieczem wymachując. Koło niego i za nim zastępy wojów; wszyscy w szalonym pędzie, czerwoni na twarzy; z wytrzeszczonymi oczami, wrzeszcząc ochrypłymi głosy.
Jak olbrzymi głaz skalny, który strącony wali się w dół niszcząc wszystko po drodze, runął Czestmir z pagórka na pędzących Luczan. A za nim woje. Jeden drugiego wyprzedzał, ale na czele wszystkich wciąż Czestmir w zbroi książęcej. Już się zderzyli , tną mieczami, oszczepami kłują, a Czestmir w największej ciżbie. Siecze i siecze; pod jego mieczem padają głowy Luczan jak makówki.
A wtem Vlastislav przez tłum walczących przebiwszy się, jak błyskawica, natarł na wodza prażan. W dzikim kłębowisku nastąpiło starcie, bój długi, okrutny. Cios padł za ciosem, aż iskry się sypały, aż wojewodzie luczańskiemu wodze i miecz wypadły z ręki. Runął z konia na ziemię, zlany krwią i martwy, na stos zabitych i rannych, których tratowały końskie kopyta.
Ryk wściekłości i grozy, zmieszany z okrzykami radości, zagrzmiał wśród krwawej wrzawy. Prażanie z nową siłą uderzyli, naprzód parli, a szeregi Luczan zaczęły się chwiać i cofać. W tej chwili padł koń pod Czestmirem.
Jeździec wszakże skoczył na równe nogi i osłoniwszy się tarczą walczył dalej, torując sobie drogę wśród wroga. Niejedna strzałą tkwiła już w jego kolczudze, niejeden oszczep sterczał w skórze czarnej tarczy. I wciąż śmigały nowe strzały, i nowe oszczepy wbijały się w pawęż z siłą ogromną, aż drżała rękojeść. Wreszcie dłoń dzielnego bohatera zachwiała się, zmęczona ciężarem. Krzyknął na wojów, by mu podali inną tarczę; a gdy chciał swoją odrzucić, ciężki oszczep wbił się w jego ciało i pośród najsroższej bitwy wódz padł na ziemię, z tarcza na ramieniu, z bronią w ręku, przeszyty wrażymi strzałami i kopiami.
Stało się, jako rzekł przed bitwą. Jego głowa spadła, ale woje, rozwścieczeni tą stratą, z większa jeszcze zawziętością  rzucili się naprzód, bijąc i kłując bez pamięci, aż wybili wszystkich Luczan do nogi. Drapieżne ptaki rozleciały się na wsze strony, dzikie psy zginęły lub pouciekały, a Luczanie pozostali na polu bitwy wraz ze swoim wodzem. Tylko Straba ocalał, jako mu macocha wywróżyła.
Zuchwalstwo Luczan zostało złamane, ich potęga zniszczona. Prażanie wznosili okrzyki triumfu, lecz radość ich przygasła, gdy martwego wodza ujrzeli. W zbroi i z tarczą, w której tkwiło wiele oszczepów, zanieśli go na wzgórze, gdzie chciał być pochowany. I tam dopiero, gdy zdjęli z niego zbroję i przyłbicę, zapłakali głośno poznawszy dzielnego Czestmira i oceniwszy jego poświęcenie.
Wykopali mu grób na wzgórzu pod starym dębem i spaliwszy ciało w noc po bitwie pogrzebali je, a na nim wysoką mogiłę usypali. I całe wojsko odprawiło tryznę.
Przyrządziwszy dużo miodu zasiedli i pili na cześć wodza. Z praskiego zamku przyjechał Neklan i zapłakał nad grobem Czestmira. A gdy odprawiono tryznę i miód wypito, powstało wojsko i ruszyło dalej w lutczańską ziemię.

V


Na rączym acz niezbyt okazałym koniu uciekał Straba z pola bitwy. Grot jego oszczepu jeszcze mokry było od krwi pierwszego Czecha, który starł się z nim w boju. Potem już Straba w bój nie szedł. Obciąwszy powalonemu uszy wskoczył na koń i nie bacząc na wrzawę, krzyki i trąby pognał, jakby go biesy goniły.
Gnał tak do wieczora; zaś w nocy, ledwie koniowi użyczywszy chwili wytchnienia, ruszył dalej, w głąb chlumczańskiego kraju. Unikał osiedli i dziedzin, by nie musiał się tłumaczyć, dlaczego z pola bitwy ucieka. Minął dzień, minęła druga noc; o świcie trzeciego dnia dotarł na ledwie żywym koniu, sam zdrożony srodze, do samotnego osiedla swego rodu.
Wieś spała jeszcze w półmroku przedświtu i stare lipy tonęły w cieniu. Tylko za nimi przeświecała biaława smuga wschodu. Gdy Straba wjechał na dziedziniec, ujrzał niewiasty wychodzące z domu. Zlękły się ujrzawszy go i rzekły ze smutkiem:
-                      W nieszczęsną chwilę przybyłeś.
     Zeskoczył z konia i pobiegł do izby mrocznej jeszcze o tej wczesnej porze. Na łożu pod oknem leżało pod białym prześcieradłem coś niby martwe, sztywne ciało. Okiennica była otwarta, by dusza wolną drogę miała. Straba podszedł do łoża i zdarł płachtę. W brzasku wschodzącego dnia ujrzał siną twarz swej młodej żony. Oczy zamknięte, włosy rozpuszczone, a na piersiach- zakrzepła krew, głęboka rana!
Nie wierzył własnym oczom. Aż tu macocha w białym gieźle stanęła za nim jak widmo, srogo patrząc na zmarłą siwymi oczami.
-                      Odgarnij jej włosy- rzekła ponuro
Drżąc, w strasznym przeczuciu, odgarnął z prawej skroni pasmo gęstych, pięknych włosów i ujrzał krwawą ranę. Szybko zsunął włosy z lewej skroni- takaż sama zakrzepła rana!
Oniemiały z przerażenia, drżąc z przejęcia, śpiesznie otworzył torbę i wyjął z niej uszy z okrwawionymi nausznicami. Były to uszy jego żony, teraz dopiero je poznał. Tak oto dowiedział się, że ona była tym, kto w boju pierwszy go napadł, że chciała go zabić, a sama z jego ręki śmierć poniosła. W pamięci stanął mu ostatni wieczór przed wyjazdem i jej dziwna pień.
-                      Tyś wiedziała!- krzyknął na macochę.
-            Wiedziałam, ale ty byś mi nie uwierzył. Opętała cię. Czeszką była i nienawidziła nas. Chodź złożyć bogom ofiarę w parowie!
I Straba rozkazawszy  wynieść zmarłą na dziedzinę na pole, ze ściągniętymi brwiami, jakby straszliwym widzeniem nawiedzony, podążył za macochą do mrocznego parowu.                                            
              

                                                                                                                                 Alojzy Jirãsek
 „Stara podanie czeskie”
Tłum: M.Erhardtowa; 
wstęp: W.Nawrocki
wstęp: W.Nawrocki
Katowice, 1989.

materiał zamieszczony pro publico bono – w celach poznawczych i edukacyjnych

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz